stat4u
niedziela, 25 stycznia 2015

 

Pretty Wo-men


 

Kiedy jakiś czas temu moja koleżanka wychodziła za mąż, mimo że to nie na moich barkach spoczywał obowiązek zapewnienia jej niezapomnianego, pełnego wrażeń wieczoru panieńskiego, do głowy przyszedł mi świetny pomysł: wymyśliłam, że poproszę moich kolegów, aby przyszli na ten wieczór panieński i zaśpiewali jej jakąś fajną piosenkę np."Pretty Woman"...przebrani za baletnice...w szpilkach.



Spośród wszystkich swoich znajomych starannie wyselekcjonowałam czterech, którzy mieli stworzyć ten girls band, każdy z lekkim zacięciem artystycznym, wydawałoby się niezbędnym do pomyślnego przeprowadzenia całego przedsięwzięcia.

Znaleźli się wśród nich: grafik, malarz, fotograf oraz inżynier dźwięku, który nie tylko zorganizowałby nam podkład muzyczny z odpowiednią linią melodyczną, ale tak się szczęśliwie składa, że potrafi również dobrze śpiewać (!!!)... Chociaż szczerze mówiąc trochę obawiałam się czy tym śpiewem nie będzie ich za bardzo rozpraszał w tańcu...ale ostatecznie zdecydowałam się podjąć takie ryzyko.



Napisałam do nich emaila stosując najefektywniejsze techniki wywierania wpływu:


- napisałam, że sama przygotuję wszystkie atrybuty i uszyję im spódniczki z delikatnej siateczki

- sami będą mogli wybrać sobie buty i imię

- jeśli chcą zachować dyskrecję przygotuję im maski i peruki...na specjalne życzenie gratisowo mogę dorzucić szarfę albo laskę zakończoną złotą gałką ...

- nie musimy spotykać się na próby tego wystąpienia, bo ponieważ spódniczki będą falbankowe wszelka improwizacja w tym wypadku będzie przemawiała tylko i wyłącznie na ich korzyść...

Na końcu dodałam, że choćby mnie przypalano rozżarzonym żelazem, nikt nigdy nie dowie się kim były baletnice...



Czekając na odpowiedź wyobrażałam sobie jak biją się między sobą o najwyższe szpilki. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna: każdy z nich odpisał mi zdawkowym "nie"...bez ŻADNEGO uzasadnienia swojej odpowiedzi.

Nie wiedziałam w czym rzecz. Może niedostatecznie nakreśliłam im charakter postaci? A może szpilki i strusie pióra na wzorzystym tiulu niekoniecznie stanowią elementy ich życiowego planu?

Byłam gotowa to uszanować  i pójść na ustępstwa dlatego napisałam, że ostatecznie nie muszą wkładać szpilek, ewentualnie chętni mogą na palcach nóg pozawieszać dzwonki jak za czasów średniowiecza...bo jest też taka możliwość... 

Niestety, mimo systematycznie ponawianych prób wywierania nacisku nie udało mi się ich przekonać, więc w końcu stwierdziłam, że nie będę nikogo uszczęśliwiać na siłę...


Tak więc zawiódł czynnik ludzki i wieczór panieński odbył bez udziału baletnic w szpilkach, ale pomysł zaczął żyć własnym życiem, a ja bardzo chciałam zobaczyć na żywo to, co tak wyraźnie widziałam oczami wyobraźni.


Dlatego nie ustawałam w poszukiwaniach mężczyzny na którego pasowałby ten oto pantofelek:

 

 

a kiedy poznawałam jakiegoś fajnego faceta mówiłam:


"Cześć! Mam na imię Monika. Czy chciałbyś pójść do mnie i przebrać się za baletnicę? W szpilkach?"


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dziękuję wszystkim baletnicom za zdjęcia i świetną zabawę, imiona baletnic w kolejności alfabetycznej to: Azzurra, Conchita, Leticia, Lulu, Maura i Pabletta.

Dziękuję wszystkim osobom zaangażowanym w ten 'projekt' za cierpliwość, cierpliwość i jeszcze raz cierpliwość.


Życie pokazuje, że każdy, kto wchodzi ze mną w dłuższy kontakt prędzej czy później musi skończyć jako św.Franciszek.

niedziela, 27 lipca 2014

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 30 czerwca 2014

 

 

 

 

- czy masz ochotę przejechać się na Mazury i obejrzeć na żywo WRC?

- co to?

- World Rally Championship

- rajd?

- rajd.

- a kto będzie jechał?

- najlepsi kierowcy z całego świata,  w tym Kubica.

- no nie wiem, to chyba nie do końca jest moja bajka...

- no chodź, odpoczniesz sobie od Warszawy...

 

 

 

 

 

 

poodychasz świeżym powietrzem...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

- a będzie tam jakiś rezerwat przyrody?

- na Mazurach? jasne, że tak...

 

 

 

- co jeszcze dzisiaj będziemy robić?

- jeszcze jeden odcinek, potem pojedziemy do parku i będziemy wracać do domu.

- naprawdę pojedziemy do parku?

- no tak.

- fajnie...ciekawe czy zobaczymy jakieś czaple.

- jakie czaple?

- siwe.

- jedziemy do parku serwisowego...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

'And the rest is rust and stardust'

 

 

 

W malinowym chruśniaku

 

 

 

23:26, psotny_wiatr
Link Komentarze (5) »
piątek, 21 lutego 2014

 

 

2 tygodnie temu jechałam autobusem miejskim w Radomiu kiedy ni z tego, ni z owego trafił mnie sycylijski piorun: spostrzegłam mianowicie bardzo przystojnego mężczyznę, który wyglądał niemalże jak James Bond...mimo, iż miał na sobie czarną kurtkę, siwą bluzę i plecak...

 

Stał do mnie najpierw tyłem, a potem coraz bardziej bokiem bo w pewnym momencie zauważył, że mu się przyglądam, jednak kiedy później usiłował nawiązać ze mną kontakt wzrokowy ja udawałam, że go nie widzę...że wcale mi się nie podoba...że nie jestem zainteresowana...że jestem bardzo zajęta patrzeniem się w okno...a w ogóle to w domu czeka na mnie mąż i dlatego spojrzałam się tylko jeden raz i więcej razy już nie mogę...itd.


Kiedy wysiadł z autobusu stanął na przystanku na przeciwko mojego okna i spontanicznie uśmiechnęliśmy się do siebie...

Ach, cóż to była za piękna chwila...


Byłam w drodze do swojej siostry, opowiedziałam jej więc o całym zajściu, a co ona skomentowała: "czytasz za dużo książek i nie za bardzo potrafisz się odnaleźć kiedy przytrafia się prawdziwe życie..."


I chyba jest w tym trochę prawdy, bo szczerze mówiąc nigdy bym nie przypuszczała, że Książę z Bajki albo syn św. Mikołaja może jeździć autobusem...Zawsze wyobrażałam go sobie w różanym ogrodzie...

 

Byłam zła na siebie i obiecałam sobie, że to był ostatni raz kiedy tak się zachowałam, a żeby złagodzić ból straconej szansy zamieściłam ogłoszenie na spotted:


 

 

 

 

Tajemniczy mężczyzna jednak nie odezwał się...a ja pocieszam się, że na szczęście nie jestem jedyną kobietą, która zamieszcza w internecie takie ogłoszenia...

 

 

 

 

poniedziałek, 06 stycznia 2014

 

Moje postanowienia noworoczne na rok 2014:


1. Codziennie zjem jednego buraka (w ramach walki z chlorozą, niedokrwistością).


Zmotywował mnie do tego mój brat, który powiedział, że muszę uważać żeby przypadkowo nie uciąć sobie drzemki w kostnicy, bo mogłabym z niej już nie wyjść...

 

2. Codziennie będę chodzić wokół bloku systematycznie zwiększając ilość okrążeń.

 

3. Na wsi będę uprawiać swój własny zagon warzywny (patrz wyżej: burak).

 

4. Odmawiam smucenia się z jakiegokolwiek powodu albowiem "duch sfrasowany wysusza kości" (patrz wyżej: kostnica).

 

5. Będę spędzać więcej czasu z moim siostrzeńcem, który zaczął mnie mylić z krową i zamiast "ciocia Mo" woła na mnie "ciocia Muu".

 

6. Będę się bawić swoim nowym hobby, ale to niespodzianka.


Czy ktoś z czytelników domyśla się co może być moim nowym hobby?

(Uprzedzam, że nie jest to przystojny, inteligentny i zabawny mężczyzna....)


21:50, psotny_wiatr
Link Komentarze (4) »
czwartek, 14 listopada 2013

 

 

Happy Birthday Mr. President !

 

 

 

 

 

 

23:01, psotny_wiatr
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 października 2013

 

 

Odkąd wyszłam za mąż, dostaję bardzo dużo emaili od swoich czytelniczek z różnymi pytaniami odnośnie naszego życia małżeńskiego, dzisiaj postanowiłam więc podzielić się odpowiedziami na te najczęstsze z nich:


1. Kiedy po raz pierwszy pokazałam się Rodżerowi bez makijażu?

 

Statystycznie rzecz ujmując, jedno na trzy małżeństwa się rozwodzi, dlatego jestem w stanie zrobić wszystko, żeby utrzymać Rodżera przy sobie.


Na przykład kiedy prosi mnie, żebym przyniosła mu zimne piwo z lodówki, trasę między lodówką, a jego fotelem przemierzam w szpilkach i 30 centymetrowej spódniczce mini w kolorze lila róż.

Odkąd wyszłam za mąż jest to mój oficjalny strój domowy.


Uważam, że szpilki, mini, balejaż i makijaż to absolutne minimum jeśli chcemy utrzymać przy sobie ukochanego mężczyznę, a jak tragiczne w skutkach może okazać się niedopełnienie tych podstawowych wymogów przekonałam się kiedyś na własnej skórze:


otóż wieczorami zawsze schodzę na dół do mieszkania Rodżera w pełnym makijażu i mówiąc mu "dobranoc" wpatruję się w niego szeroko otwartymi, umalowanymi oczami, bo właśnie tak chcę zostać przez niego zapamiętana...do czasu kiedy zobaczymy się następnym razem...


Kiedyś jednak obudziłam się w środku nocy i chciałam napić się mleka, niestety nie znalazłam żadnego w swojej lodówce, musiałam więc zejść na dół do lodówki Rodżera...Starałam się to zrobić bardzo cicho, żeby mnie nie usłyszał i żeby się nie obudził, bo nie chciało mi się malować oczu na "smoky eyes" specjalnie na tę okazję, postanowiłam więc zaryzykować i zeszłam na dół bez maskary, we flanelowej piżamie i wełnianych skarpetach...


Wyjęłam z lodówki butelkę mleka, a potem jeszcze jedną, żeby mieć na zapas i ruszyłam w stronę schodów, jednak jak już kiedyś pisałam, czasami (zwłaszcza wcześnie rano) zdarza mi się mieć problemy z błędnikiem i niechcący weszłam we framugę drzwi, Rodżer się przebudził...a ja przeżyłam chwilę grozy...ale na szczęście trwało to tylko chwilę, bo Rodżer wziął mnie za naszego mleczarza i powiedział, że napiwek jest tam gdzie zawsze, po czym odwrócił głowę i poszedł znowu spać...


Także tym razem mi się udało, ale od tamtej pory jestem dużo bardziej ostrożniejsza, bo doszłam do wniosku, że fakt, iż mój mąż już po dwóch miesiącach myli mnie z mleczarzem wcale nie wróży dobrze naszemu małżeństwu, zwłaszcza, iż jest to mąż, który trzyma pod poduszką broń...

 


2. Czy naprawdę mamy oddzielne sypialnie?


Tak, ja nadal śpię w tym samym łóżku, w którym spędziłam tyle samotnych nocy jako singielka marząc o swoim idealnym mężczyźnie...W najśmielszych snach nie przypuszczałabym, że kiedyś poznam Rodżera, który aż tak bardzo zbliży się do mojego ideału...


Na naszym małżeńskim łożu śpi Rodżer, a jeśli zajdzie taka potrzeba przychodzi po mnie na górę i znosi mnie po schodach na rękach...


Jedynym minusem jest to, że Rodżer lubi pościel z kory, której ja wprost nie cierpię, ale przecież małżeństwo to sztuka kompromisów dlatego śpimy razem pod pościelą z kory (Rodżer dostał 10 kompletów jako prezent ślubny, nadal nie wiem od kogo, ale podejrzewam, że to od tej bździągwy fryzjerki, jego byłej, z którą nadal się przyjaźnią i którą nawet zaprosił na wesele).

 

 

3. Czy często się kłócimy?

 

Owszem, zdarza się, że się kłócimy, ostatnio kłóciliśmy się, bo Rodżerowi zginęły 2 sig-sauery i "mógłby przysiąc, że zostawił je w schowku pod schodami...", więc ja mu mówię, że nie mam zielonego pojęcia gdzie one mogą być, że nie dotykam jego rzeczy i że ja mu nie zawracałam głowy jak mi się ostatnio zawieruszył gdzieś sztuczny penis z ostatniej dostawy, więc proszę mi już nie wspominać o tych sig-sauerach, ten temat uważam za zamknięty raz na zawsze, a w ogóle to czy nie widzi że teraz pracuję i że ja mu nie przeszkadzam, kiedy widzę, że jest zajęty i na przykład rozmawia na Skypie z talibami...

 


poniedziałek, 14 października 2013

 

 

To piszę ja. Rodżer.

Dzisiaj chciałbym podzielić się swoimi wrażeniami i napisać jak to jest być mężem Moniki a.k.a Psotny Wiatr.

 

Najpierw chciałbym opowiedzieć jak się poznaliśmy, bo trzeba przyznać, jesteśmy dość nietypową parą i szanse, że kiedykolwiek się spotkamy były raczej niewielkie.

 

Otóż poznaliśmy się w księgarni.

W bramie praskiej kamienicy odkryliśmy wtedy dziuplę narkotykową i moim zadaniem było obserwowanie jej z księgarni naprzeciwko  (podawałem się wtedy za rzekomego pracownika) i właśnie tam poznałem Monikę.


Pewnego słonecznego, jesiennego dnia weszła do tej księgarni i od razu skierowała swoje kroki na dział psychologii i poradników "jak żyć". Zdjęła z półki jedną książkę i zaczęła ją przeglądać.


Kątem oka dostrzegłem, że była to "Twórcza wizualizacja" pozycja, której szczerze mówiąc wtedy jeszcze nie znałem... Przyglądając się Monice zacząłem się zastanawiać co taka kobieta jak ona musi sobie wizualizować i czego jej w życiu brakuje...Bo nie będę ukrywał, bardzo mi się spodobała w sensie fizycznym. Aczkolwiek była lekko anemiczna i wymizerowana, miała na sobie jakiś stary, brązowy, rozwleczony sweter i zauważyłem też, że miała lekko wysuszone włosy. Znam się akurat na włosach, bo moja była jest fryzjerką...

 

Mimo wszystko nie dało się ukryć, że jest atrakcyjną kobietą i bardzo chciałem do niej zagadać. Podszedłem więc i powiedziałem, że dzisiaj mamy promocję "dwie za jedną" i że może chciałaby sobie jeszcze coś wybrać...ona ucieszyła się słysząc to, a ja byłem bardzo ciekawy co jeszcze sobie wybierze...Po chwili wróciła z "Genezą przysłów polskich"... "Ja pierdolę" pomyślałem "dobrze, że wiem jak sobie radzić z nagłymi skokami adrenaliny".

 

Powiedziała, że lubi przysłowia...zwłaszcza takie, których etymologia nie jest jeszcze do końca znana np. "podawała baba babie przez piec malowane grabie" i że często wykorzystuje przysłowia na swoim blogu...nie, nie jest to tematyczny blog...nie jest to też blog o modzie...ot dzieli się z czytelnikami swoimi przemyśleniami o życiu...pozwala jej się to trochę rozerwać po nudnej pracy w biurze... I wtedy sobie pomyślałem...jakie to wszystko jest smutne: ten jej sweter, to, że pracuje w biurze, to, że pisze bloga...kogo obchodzi co osoba pracująca w biurze myśli o życiu? Jeśli w ogóle można to nazwać życiem...


Proszę jednak nie zrozumieć mnie źle. Mnie akurat bardzo interesowało co Monika myśli o życiu, tak jak już napisałem, to bardzo atrakcyjna kobieta i zrobiła na mnie duże wrażenie...powiedziałem więc, że oczywiście bardzo chętnie zajrzę na jej blog...Przynajmniej będę miał pretekst, żeby się do niej odezwać - pomyślałem sobie wtedy.

 

Kiedy tego dnia wróciłem do domu i zacząłem pobieżnie przeglądać ten jej blog, po prostu przeżyłem wstrząs. Wiedziałem od razu, że to agentka kolumbijskiego rządu...podstawiona, żeby odwrócić moją uwagę od tego, co działo się wtedy w dziupli.


W momencie wszystko złożyło się w całość: to, że lubi się przebierać; pamięć jak afrykański słoń; kot w którym spokojnie można szmuglować kokę, fałszywe paszporty, akty zgonu; jakaś dziwna akcja przeczesywania terenu o kryptonimie S.U.S.E.Ł...ciekawe czego tam szukali...a do tego wszystkiego niebywały wręcz zmysł obserwacji...


"Kiedy jesteś blisko, udawaj, że jesteś daleko. Kiedy jesteś daleko, udawaj, że jesteś blisko..." Sun Zi. Klasyk szpiegostwa.


Teraz mogłem się tylko domyślać co wynosili z dziupli, kiedy ona opowiadała mi o malowanych grabiach...

 

Psotny Wiatr...Psotny Wiatr...Pewnie brała udział w akcji "Pustynna Burza" i stąd ten nick...

 

Oczywiście potem to wszystko okazało się nieprawdą, ale tamtego wieczoru naprawdę sądziłem że za tę krótką rozmowę z nią zapłacę swoją karierą...


Obecnie Monika nie pracuje już w biurze, na moją specjalną prośbę wyrzuciła też swój brązowy sweter, jednak jak wszyscy widzą nadal pisze swojego bloga, chociaż osobiście bardzo jej to odradzam i staram się ją przekonać, że bez sensu jest pisać i inwestować w blog, którego prawie nikt nie czyta, ale ona zawsze ma na to gotową odpowiedź: że robi to dla własnej przyjemności, że lubi mieć kontakt ze swoimi czytelnikami i że jak mówią w Zen: "dobry łucznik nie strzela dla nagrody" więc ja jej wtedy ripostuję idąc dalej tropem tej metafory, że łucznik może przynajmniej zjeść to, co sobie ustrzeli i że jakoś nie widzę, żeby blog sprawiał jej jakąś mega ogromną frajdę i czy "kontaktem z czytelnikami" nazywa te 2 komentarze pod ostatnią notką?

 

 

Zanim dokończyłem to zdanie już żałowałem tego, co powiedziałem o łuczniku, bo oczywiście zaraz słyszę, że jej wypominam, że zarabiam więcej od niej, że jest na moim utrzymaniu, że to nie jest jej wina, że gadżety tak słabo się sprzedają, że pewnie bliżej Świąt będzie miała więcej zamówień, a w ogóle to niedługo będziemy musieli zacząć je testować, bo ma za dużo zwrotów...chociaż jeśli tak bardzo wypominam jej te swoje pieniądze, to ona nie za bardzo widzi w tym wszystkim sens i jutro z samego rana zamknie "Pończoszkę" i zacznie wysyłać cv i że woli przekładać papiery z miejsca na miejsce przez osiem godzin niż tego wszystkiego wysłuchiwać, po czym trzaska drzwiami i idzie do siebie na piętro, a ja wiem, że przez co najmniej kilka dni na pewno nie będziemy testować gadżetów...

 

 

A ja chcę dla niej tylko dobrze, bo wiem ile ten blog ją kosztuje i tak naprawdę robię co mogę żeby ją wspierać np. jakiś czas temu wpadłem na świetny pomysł odciążenia jej kota (od jakiegoś czasu uważa że tak naprawdę to nie jest kot, tylko pół-kot, pół-krasnal) bo waży prawie 4 kilo, a ona nie może dźwigać ciężkich rzeczy, więc pomyślałem że skoro tak bardzo chce zabierać go na wycieczki i robić mu zdjęcia to ja go rozbroję i zbiję na nowo z balsy (bardzo lekki gatunek drewna wykorzystywany w modelarstwie) ale słysząc to przechyliła tylko głowę i spojrzała na mnie takim świdrem jakbym co najmniej chciał wysadzić tego kota w powietrze i powiedziała że po takiej ingerencji to nie byłby już ten sam pół-kot, pól-krasnal i że dusza nie jest aż tak bardzo niezależna od swojej ziemskiej powłoki jak mi się najwyraźniej wydaje.

 

Staram się też pomagać jej w pisaniu powieści, szczególnie w kwestiach merytorycznych i cierpliwie odpowiadam na wszystkie jej pytania: co to jest giwer?, co to jest paździerz?, jak inaczej powiedzieć "tępo-krawędzisty przedmiot"?


Co ciekawe, zna słowa o które nigdy bym jej nie podejrzewał np. wie, że "karburator" to dawna nazwa gaźnika, a na "sworzeń wahacza" mówi "schorzeń wahacza" żeby było zabawniej...Domyślam się, że to pozostałość po jej byłych fagasach, którzy rozbijali się na motorach i godzinami oglądali tvn turbo...ale nie zaczynam tego tematu, bo robię się wtedy delikatnie zazdrosny...Chociaż ona mówi, że nie mam ku temu żadnych podstaw...tak jak po wrzuceniu zdjęć z naszej sesji zdjęciowej...


Ja rozumiem, że można wrzucić dziesięć, rozumiem nawet piętnaście...ale czterdzieści pięć zdjęć ze ślubu to chyba lekka przesada? I dlaczego wrzuciła na blog zdjęcia na których jest sama i na przykład opiera się o drzewo? Czy chce się komuś przypodobać? Wydawało mi się, że pewne kwestie rozwiązaliśmy już raz na zawsze...

 

 

23:59, psotny_wiatr
Link
piątek, 04 października 2013

 

 

Jak gotowałam risotto dla Rodżera

i inne opowieści z życia mężatki

 

 

 

 

 

 

Zaraz po ślubie wprowadziliśmy się do domu Rodżera i tak oto spełniło się moje największe marzenie: nie tylko mieszkamy w domu wolnostojącym, ale każde z nas: i ja, i mój mąż mieszka na osobnym piętrze, tak jak Paweł i Gaweł.

Tylko w takim układzie nie czuję, że moja przestrzeń życiowa jest tłamszona.

 


Mój dzień nie zmienił się znacznie od kiedy wyszłam za mąż, nadal wyznaczają go solidne ramy, dzięki którym łatwiej mi jest zachować wewnętrzną równowagę.


Zawsze staram się chodzić spać z kurami, więc kładę się około godziny 22 i budzę się o 7 rano. Potem udaję się do kuchni, żeby zaparzyć sobie kawę.

 

Kawę parzę w specjalnym™ zaparzaczu, jest to specjalna™ kawa, ze specjalnym™ syropem, ze specjalnym™ mlekiem, w specjalnym™ kubku.


Od 7.15 do 9.30 leżę w łóżku i oddaję się rozmyślaniom, ponieważ moja wyobraźnia, umiejętność kojarzenia i krystalizowania się poglądów są wtedy na swoim możliwie najwyższym  poziomie i nie wyobrażam sobie, że mogłabym w tym czasie szukać brakującej skarpety czy kluczyków do samochodu mojego męża.


Zresztą nie słyszę, żeby krzątał się na dole, więc pewnie od dawna nie ma go już w domu.


Rodżer jest antyterrorystą, więc nie wiem do końca czym się właściwie zajmuje (tajemnica służbowa), nikt oprócz mnie nie zna też jego twarzy, nie mogę napisać gdzie mieszkamy, ani jak się nazywamy, mogę jedynie zdradzić, że wcale nie ma na imię Rodżer (to tylko ksywka, którą nadali mu jego amerykańscy koledzy po fachu po ostatniej akcji zatrzymania jakichś przemytników w Babimmoście, nie wiem o co dokładnie chodziło, ale od tego czasu mamy w domu bardzo dużo broni, a ja napotykam karabiny, sztucery i sig-sauery w najmniej oczekiwanych miejscach, więc teraz rozumiem, co żony mają na myśli, kiedy mówią, że ich mężowie nie sprzątają po sobie). 


Tak więc mój mąż ma na imię Dimitri i ma bałkańskie korzenie (stąd jego ciemna karnacja). Jak każdy antyterrorysta jest bardzo wysportowany i silny (zatrzymuje konie w galopie), nurkuje, skacze ze spadochronem, a w wolnych chwilach strzela z łuku.


Dima jest też zrównoważony psychicznie i nie uskarża się na żadne fobie, przez co wspaniale się razem uzupełniamy.

 

 

Kiedy wypiję kawę sprawdzam w swoim smartphonie czy dostałam jakieś emaile od swoich 37 fanów, ponieważ jednak skrzynka jak zwykle jest pusta, wstaję z łóżka i zasiadam do swojego mahoniowego biurka przy którym będę pracować nad swoją powieścią (akcja rozgrywa się w nowojorskim Chinatown, z którego rosyjscy gangsterzy próbują przemycić kokainę do powojennego Raszyna...Taki psychologiczny thriller i bawienie się konwencją).


 

Odkąd wyszłam za mąż, nie pracuję i w zasadzie jest to największa różnica którą dostrzegam w swoim obecnym życiu. Kiedy byłam singielką pracowałam,  ale nigdy nie mogłam pogodzić się z tym, że to, co robiłam w pracy nie miało absolutnie żadnego znaczenia w sensie kosmicznym, więc odeszłam i obecnie utrzymuję się z pensji mojego męża (to duże ułatwienie, zwłaszcza, że za 3 lata przejdzie na wcześniejszą emeryturę), a żeby nadal cieszyć się finansową niezależnością wieczorami dodatkowo sprzedaję na internecie sex gadżety.

Zawsze chciałam to robić tylko trudno było mi to pogodzić z pracą na etacie.


Zanim jednak zacznę pisać kolejny rozdział swojej powieści, regularnie o godzinie 10tej dzwoni do mnie Dima, żeby zapytać jak się mam i co mi się śniło. Nie widzimy się rano, więc nie ma możliwości powiedzenia mi komplementu, nad czym głęboko ubolewam, bo bez komplementów po prostu usycham...

 

Kiedy byłam singielką nie miałam innego wyjścia i musiałam nauczyć się żyć bez komplementów, a jakiekolwiek deficyty w tej kwestii były zawsze uzupełniane przez mojego fryzjera. Mimo, że pomiędzy komplementami dochodziło do wymiany gotówki zawsze mu wierzyłam, kiedy mówił, że wyglądam kwitnąco, że chciałby się ze mną przespać, że powinnam dobrze się zastanowić czy na pewno chcę wyjść za Rodżera, czy to jest aby na pewno odpowiedni facet dla mnie, a w ogóle to dlaczego nie przyszłam najpierw do niego, bo on z przyjemnością by się ze mną ożenił i dlaczego znowu mam siano na głowie i czy Rodżer to akceptuje?


Ktoś powiedział kiedyś "uważaj o czym marzysz, bo marzenia się spełniają"... Potwierdzam, że to prawda bo jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć włosy jak lalka Barbie i to marzenie się spełniło, ale chyba nie do końca o taki efekt mi chodziło.

Mam suche włosy z tendencją do falowania, więc kiedy je rozpuszczę wyglądam właśnie jak lalka Barbie, jak Słomiany Jaś, jak Kevin Costner Tańczący z Wilkami, jak Braveheart Waleczne Serce:

 


 

 

 

Brakuje mi tylko konia.


Kiedyś nie przeszkadzało mi to wcale, niestety pewnego ranka, kiedy obudziłam się w łóżku z Dimitrim, on zorientował się, że trzyma w ramionach Słomianego Jasia i zapytał czy nie brakuje mi jakichś witamin, a ja poczułam się szczęśliwa, że mam przy swoim boku takiego uważnego mężczyznę i nie chciałabym przestać mu się podobać, więc teraz wszelkie czasochłonne zabiegi pielęgnacyjne są moim nowym hobby np. ostatnio znalazłam w internecie przepis na zdrowe i lśniące włosy, nazywa się "laminowanie włosów" i polega na tym, że na włosy nakładam odżywkę wymieszaną z żelatyną spożywczą...

Oprócz tego kąpię się też w cukrze, bo cukier doskonale nadaje się do peelingu...

 


Odważyłam się też i zaczęłam gotować, chcąc w ten sposób okazać mojemu mężowi miłość, troskę i staranie.


Kiedyś chciałam ugotować mu risotto, niestety niektóre rzeczy ugotowały się za wcześnie, inne za późno, jedne za bardzo (zapatrzyłam się w okno), inne za mało (mięso), straciłam na to całe przedsięwzięcie 3 godziny, zabrudziłam mnóstwo patelni, garnków i talerzy, a od tego całego gorąca otworzyły mi się pory, więc jak Dimitri przyszedł z pracy wyglądałam jakbym dopiero co wróciła od młocki, a kto jak kto, ale akurat on nie może ryzykować jedzenia niedogotowanego mięsa, ponieważ musi by dyspozycyjny 24 godziny na dobę, więc od tamtej pory stołuje się w koszarach i bardzo to sobie chwali.

 

 

Tak więc po rozmowie z mężem o godzinie 10tej zaczynam pisać swoją powieść, ale niestety za chwilę znowu rozdzwaniają się telefony...Dzwonią klienci z mojego małego biznesu na boku, a ja wiem, że będzie nieprzyjemnie, bo jeśli dzwonią to tylko z pretensjami: że nie działa, że nie pasuje, że mu się nie dopina i że nie do końca tak to miało wyglądać i czy nie mogłabym zaproponować mu czegoś o większej miąższości?

 

 

Wtedy tłumaczę, że ja zamawiam gotowy towar od hurtownika w Jankach i na tym tak naprawdę kończy się moja rola, prowadzę ten sklep dla swojej własnej przyjemności w przerwach między pisaniem powieści, żeby nie żyć tylko w świecie wyimaginowanym, ale dla odmiany skupić się też na czymś bardziej namacalnym i że może jak się pan lekko pochyli, to wtedy się panu domknie? A czy przy okazji nie chciałby pan zamówić sig-sauera P226, to wyjątkowa okazja, w przyszłym tygodniu będzie go można kupić tylko na ebay'u i to po znacznie zawyżonej cenie?


 

Wtedy on grzecznie odmawia i prosi o połączenie z konsultantem...od gadżetów...więc tłumaczę mu na nowo, że narazie nie zatrudniamy konsultantów, że "Pończoszka, strap-on i sex gadżety" to mały sklep internetowy i wcale mi nie zależy na większym obrocie i że jedyną osobą, z którą mogę pana połączyć jest mój mąż, a proszę mi wierzyć na słowo, nie chciałby pan rozmawiać o tym z Dimą, a już na pewno nie z Rodżerem i to powiedziawszy z hukiem rzucam słuchawkę.


Teraz mogę się spodziewać, że zacznie mi to wszystko odsyłać  i żądać zwrotu gotówki, a ja nie mam już nawet gdzie tego mieścić (początkowo cały asortyment trzymałam na desce do prasowania), niedługo będę musiała podnająć chyba jakiś magazyn albo zanieść to wszystko do schowka pod schodami, o ile Dima nie trzyma tam teraz swoich granatników.


Całe szczęście, że mój mąż nie słyszał tej rozmowy, bo gdyby wiedział, że tak się muszę użerać z klientami, na pewno od razu kazałby mi zamknąć ten cały kram, a i tak dobrze, że zgodził się na sex gadżety, bo tak naprawdę chcieliśmy razem z kotem aplikować na stanowisko pracowników cyrku obwoźnego (lubimy się przebierać, lubimy otaczać się żywymi, intensywnymi kolorami i dobrze czujemy się w towarzystwie klaunów), ale nie chciał, żebym często wyjeżdżała, poza tym moje przepukliny automatycznie dyskwalifikują mnie ze stanowiska kobiety gumy, a żadne inne nie jest tak naprawdę na miarę moich ambicji.


 

Oprócz gotowania postanowiłam też, że w końcu nauczę się prowadzić samochód (!!!). Wiem, że faceci uwielbiają kobiety, które dobrze prowadzą i na randkach prędzej czy później zawsze padało to pytanie: "a czy Ty masz prawo jazdy?" (całe szczęście, że nie muszę już chodzić na randki, moja siostra do dziś uważa, że tak długo byłam singielką, bo sabotowałam wszystkie randki, które mi zorganizowała, rozmawiając na nich o śmierci, o swoim podwyższonym cholesterolu, o tym, że lubię deszcz i nie lubię kiedy mi ginie długopis) tak więc zawsze odpowiadałam zgodnie z prawdą, że niestety nie prowadzę, że nie czuję się na siłach, że żeby prowadzić trzeba mieć jednak silne poczucie rzeczywistości, ale na szczęście mam drewnianego kota, który jest na tyle szarmancki, że zawsze jak chodzimy razem na imprezy to ja mogę pić i bawić się do woli, bo on zawsze wcześniej zaznacza, że będzie prowadził...


Wiem też, że wśród członków mojej rodziny krąży lista, na którą można się wpisać i figurować na niej jako osoba, która nigdy nie wsiądzie do samochodu, który ja będę prowadzić...Ostatnio mówiłam mojemu siostrzeńcowi, że jak ciocia zrobi prawko to będziemy razem jeździć na wycieczki "hen, hen daleko", ale nasze plany od razu popsuła moja siostra, która wyraźnie zaznaczyła, że w życiu nie da mi swojego dziecka do samochodu, chyba że po okresie próbnym (2 lata wożenia w foteliku ogromnego misia z zainstalowaną na jego głowie kamerką).


Podjęłam już pewne kroki w kierunku zrobienia prawa jazdy, a mianowicie kupiłam sobie brelok do kluczy:

 

 

Zdecydowałam też, że mój samochód będzie koloru żółtego.


Jeszcze nie wiem dokładnie jakiej marki, bo słabo się znam na samochodach, ale bardzo podoba mi się taki:

 

 

 

 

Trzecim krokiem jest ćwiczenie wspomnianej już przeze mnie techniki różowego balonika, polega to na tym, że po prostu prowadzę ten samochód w myślach...mijam pola, łąki, lasy, a kiedy wjeżdżam w teren zabudowany zawsze zwalniam, żeby móc sobie spokojnie pooglądać wiszące w oknach firanki...


Wieczorami gramy z Dimą w gry planszowe, a kiedy go nie ma, robię mu na drutach kominiarki.

 

09:24, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 września 2013

 

 

 

Sprzedam suknię ślubną typu "princessa", z 2-metrowym trenem, bogato zdobioną, niezniszczoną, używaną tylko raz.

 


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15