stat4u
poniedziałek, 23 września 2013

 

 

 

Ślub księżniczki Monic i Rodżera

(backstage)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ostatnie chwile na wolności...torebka od Louis Vuitton:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

\

 

 \

\

 

 

 

\

 

 

 

\

 

 

 

 

 

\

 

 

 

\

 

 

 

 

 

 

ja i Duszek Kacperek:

 

 

 

Charlie's Angels

\

 

 

 

 

 

 

\

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 16 września 2013

 

 

Jak przyciągnąć odpowiedniego partnera?


 

Po tekście zatytułowanym "Jak zmusić mężczyznę do małżeństwa", który ukazał się rok temu dostałam bardzo dużo emaili od rozżalonych czytelniczek: "nie mam nawet kogo zmuszać", "jestem stadium niżej w rozwoju", "gdzie znajdę potencjalnego kandydata"?


W dzisiejszym wpisie przedstawię technikę, dzięki której uda się wam przyciągnąć wymarzonego partnera i prawdziwą miłość, a odległe marzenie o byciu Panną Młodą wkrótce stanie się rzeczywistością.


Technika ta pochodzi z książki Shakti Gawain pt. "Twórcza wizualizacja" i wygląda następująco:

 

 

Technika Różowego Balonika

 

 

"Wyobraź sobie coś, co chciałabyś żeby się zmaterializowało, a następnie zobacz to jako już urzeczywistnione. Ukształtuj mentalny obraz tej sytuacji jak najwyraźniej.

 

Teraz oczami umysłu otocz swoją wyobraźnię różowym balonikiem. Różowy jest kolorem związanym z sercem, dlatego też, jeśli wibracja takiego koloru otacza przedmiot twojej wizualizacji, uzyskane rezultaty będą doskonale harmonizować z twoją istotą. 


Trzecim krokiem jest wysłanie balonika w przestrzeń i wyobrażenie sobie, że unosi się we wszechświecie, z twoją wizją umieszczoną w środku.


Jest to symbol, że pozwalasz sprawom toczyć się ich własnym biegiem. Teraz balonik swobodnie płynie po całym wszechświecie, przyciąga do siebie energię, gromadzi ją w sobie, tak by wyposażyć wizję w moc urzeczywistnienia się. Nie musisz robić już nic więcej".

 

 (S. Gawain, Twórcza Wizualizacja, Warszawa, 1996, s.90)


 

Korzystając z okazji gorąco zachęcam wszystkich czytelników, do wykonania tego ćwiczenia razem ze mną:


Wyobraź sobie coś, co chciałabyś, żeby się zmaterializowało...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Już teraz w imieniu swoim i mojego męża Rodżera, pragnę gorąco podziękować wszystkim, dzięki którym ten wyjątkowy, niepowtarzalny dzień był dla nas taki udany i radosny:


 

Zdjęcia: Tomek I, Tomek II, Anka, Rafał

Dekoracje: Duża Czarna Papierowa Dekoracja: Zosia i Tomek I, łabędzie: Kasia, serce: Zosia, bukiet ślubny: Zosia, Kasia i Psotny Wiatr

Opieka nad inwentarzem: Kasia i Mariusz

Pomoc na planie zdjęciowym: Karolina, Kasia i Anka

Dodatki do sukni: Martyna

Hairstyle: Maestro

Make-up: Maestro, Natasza

Zakontraktowany kierowca (który nie chciał robić nic poza tym): Dawid

 

Na samym końcu największe podziękowanie dla mojej babci, która potrafiła przekuć moje myśli w czyn i pomogła mi uszyć kostium dla Kota, co wymagało nie tylko fizycznej pracy, ale również opulentnej dozy abstrakcyjnego myślenia, na które nie każdy potrafi się zdobyć, a ona to zrobiła, mimo, że z pewnością nie tak wyobrażała sobie mój ślub...


Dodatkowo chcę podziękować całej mojej rodzinie za to, że przyjęła i zaakceptowała Rodżera takim, jaki jest i nigdy nie dała mu odczuć, że nie jest w naszym domu mile widziany.

 

Początkowo co poniektórzy byli sceptyczni i twierdzili, że Rodżer jest dla mnie za "sztywny", co oczywiście jest nieprawdą, bo Rodżer jest trochę "ścichapęk" i dużo zyskuje przy bliższym poznaniu. Wyszłam za niego mając oczy otwarte i oboje bierzemy pełną odpowiedzialność za związek, który zapoczątkowaliśmy.


Dziś wiem, że warto było tak długo czekać na takiego mężczyznę jak on, bo Rodżer i ja wydajemy się wprost stworzeni dla siebie nawzajem, od samego początku byliśmy sobą oczarowani, mamy we wszystkim jedno zdanie i zawsze myślimy tak samo. Po prostu nadajemy na tych samych falach, co jest bardzo ważne, szczególnie dla mnie, bo często czuję się jakbym była bardzo daleko od głównego nadajnika.

 

Wreszcie spotkałam mężczyznę, z którym mogę się nagadać do syta, nie przeszkadza mu też wcale, że najwięcej tematów do rozmowy przychodzi mi do głowy, kiedy jeździmy razem na rowerach i że właśnie wtedy "buzia mi się po prostu nie zamyka" choć przeszkadzało to innym i nie do końca tak to ujmowali.


Rodżer potrafi mnie wysłuchać, na wszystko się zgadza i nie wzdragam się powiedzieć, że mimo, iż jesteśmy małżeństwem od zaledwie 2 tygodni, już zauważam, że małżeństwo bardzo dodatnio wpływa na moją gospodarkę libidalną...

 

19:54, psotny_wiatr , showtime
Link Komentarze (11) »

 

 

 

 

 

Poszukuję mężczyzny, na którego będzie pasował ten pantofelek.

Chętnych do przymiarki zapraszam do kontaktu.

Więcej informacji już wkrótce.

 

 

12:49, psotny_wiatr , ogłoszenia drobne
Link
piątek, 13 września 2013

 

 

 

 

Oto najmłodsza czytelniczka bloga - Pola, dumająca nad jedną z moich ostatnich notek.


O ile mi wiadomo, jeszcze nie  komentuje, a bardzo szkoda, nie mogę się już doczekać kiedy zacznie i podzieli się z nami swoim świeżym spojrzeniem na przynajmniej niektóre z poruszanych na blogu kwestii.


Jak widać, tak jak jej ciocia, cierpi na chlorozę (choroba, która zazwyczaj dotyka liście -wskutek zaniku chlorofilu rozpadają się chloroplasty i liście tracą swój naturalny kolor - u kobiet chloroza objawia się charakterystyczną bladością i znacznie podwyższoną męczliwością, dlatego zalecane są długie okresy wypoczynku i praca nad oddechem w pozycji leżącej najlepiej na miękko wyściełanej otomanie).

 

 

Dwa miesiące temu Pola hucznie obchodziła swoje pierwsze urodziny:


 

 

 

W sumie tego wieczoru świeczka była zdmuchiwana 3 razy: najpierw przez Polę, potem przez jej dwuipółrocznego kuzyna, a potem przez ich 30-letnią ciocię, która bardzo chciała to zrobić w ramach regularnych ćwiczeń zabawiania swojego Wewnętrznego Dziecka.

 

W czasie przyjęcia serwowano dania gorące i "na zimno".

Niemałe poruszenie nastąpiło w momencie, kiedy na stole pojawiła się kaszanka, zjedzenia której kategorycznie odmówiła 30-letnia ciocia, twierdząc, że nie wyobraża sobie, że mogłaby teraz zjeść kaszankę, a potem ćwiczyć osiąganie stanu Shikantaza (bycie pełną jaźnią) co miała zaplanowane na dalszą część wieczoru.

 

 

Drogiej Jubilatce w imieniu swoim, Kota i wszystkich czytelników życzę wszystkiego najlepszego.

 

 

p.s. mój blog jest jeszcze całkowicie nieznany (35 fanów na facebook'u), więc jeśli jestem gdzieś zapraszana mam spore szanse siedzieć przy stole totalnie incognito, jednak w tym wypadku nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ciągle słyszę poszepty:

 

 

"to ta od tego drewnianego kota", "drewnianego? myślałem, że on jest ze szmaty", "ze szmaty ma tylko łeb..."


 

17:21, psotny_wiatr , notka z dedykacją
Link
środa, 11 września 2013

 

 

Jakieś pół roku temu moja siostra stręczycielka poprosiła mnie, abym pod jej nieobecność zaopiekowała się jej dzieckiem, dla którego jestem ciocią, a który dla mnie jest siostrzeńcem.

 

Bardzo mi zależało na tym, aby wypaść wzorowo w roli cioci i wykorzystując najlepsze cechy swojej neurotycznej osobowości zapewnić mu dobrą i serdeczną opiekę w nauce i zabawie.

 

Tak jak przypuszczaliśmy większość danego nam czasu po prostu przespał, co nie znaczy, że miałam wtedy czas dla siebie, ponieważ średnio co 3 minuty sprawdzałam czy wszystko jest w porządku i czy oddycha (możemy to sprawdzić przykładając do ust dziecka lusterko, kartkę papieru lub piórko).


Innym powodem do ciągłego niepokoju był fakt, że nigdy wcześniej nie zmieniałam pieluchy...


Zrobienie kupy to jak na razie jedyny obowiązek jaki widnieje w jego grafiku i jak pokazuje życie nawet z tym nie zawsze się wyrabia (poprzedniego dnia nie wyrobił się), tak więc realna groźba, że nastąpi to akurat tego dnia zatruwała mi chwile szczęścia wisząc nade mną niczym miecz Damoklesa.


Ażeby mnie przed tym uchronić, moja siostra z samego rana uraczyła bobasa gruszkami ze słoiczka, które miały zaingerować w naturalny porządek rzeczy i przyspieszyć bieg wydarzeń, jednak tak się nie stało, oczekiwana przesyłka miała więc być podwójna i płynna.


Kiedy się przebudził po popołudniowej drzemce, oglądaliśmy razem filmiki na you tube.

Na chwilę obecną mój siostrzeniec jest jedynym mężczyzną w moim życiu, któremu pozwoliłam zagarnąć tak dużo z mojego pilnie strzeżonego "my space".

 

Dlatego na mojej playliście na you tube widnieją takie pozycje jak:

 

- traktor przewożący kamień

- pożar lawety Piórków 12.12.12.

- Świnka Pepa

- Ciekawski George

- Pies Marta

 

Dodatkowo obejrzeliśmy już chyba wszystkie filmiki ze strażą pożarną, śmieciarką, betoniarką, walcem, koparką, kiprem, wywrotką i pługopiaskarką.


Poza tym, nigdy bym nie pomyślała, że token do banku doskonale sprawdzi się również jako gryzak...

Nie przeszkadza mi wcale, że wyjada moje jogurty, bo przecież dziecko ciągle rośnie i potrzebuje wapnia.

Kiedyś kupiłam sobie piękne, laminowane karty z mądrymi sentencjami, żeby je sobie powtarzać w czasie medytacji, niedługo potem zauważam, że ktoś zatopił w nich swoje ząbki, a jeśli ząbki ma się cztery w rozstawie dwa na górze, dwa na dole, nietrudno wskazać sprawcę.

W kącie pokoju znajduję stosik swoich ołówków...połamanych na pół...

Biorę swoje pędzle do makijażu i widzę, że są wyciapane jakimś granatowym cieniem z dodatkiem brokatu, zresztą za upaćkane pędzle mogę mieć pretensje tylko do siebie, bo sama mu je pokazałam, uczyłam go jak je odróżniać i którym się nakłada puder, a którym róż, a potem ćwiczyliśmy robienie makijażu na lalce Zuzi, co wcale nie było łatwe, bo Zuzia ma opadającą powiekę, a jak wiadomo umalowanie opadającej powieki wymaga szczególnych umiejętności.


Niestety przyłapał nas na tym jego tata i się wściekł, po czym w trybie natychmiastowym wprowadził embargo na:

 

- nauki makijażu

- przymierzanie moich pierścionków

- oglądanie bajek z Barbie i różowymi konikami pony

- pokazywanie mu mojego kota Dzidka do czasu kiedy będzie pełnoletni i będzie w stanie to zrozumieć albo przynajmniej postara się zrozumieć

- czytanie mu bajek z epoki wiktoriańskiej ("Piotruś Rozczochraniec" Heinricha Hoffmanna)

 

 

np. o Juleczku, któremu mama zabroniła ssać palec, a kiedy wyszła po ciasteczka, on wbrew zakazowi:


 

"myk do buzi duży palec!

Wtem ktoś z trzaskiem drzwi otwiera,

Wpada krawiec jak pantera,

Nożycami w lewo, w prawo

Uciął palec jeden, drugi,

Aż krew poszła we dwie strugi."

 

 

albo o Michałku, który nie chciał jeść zupy:


 

"W czwartym dniu Michaś wychudł jak nitka,

W piątym coś w piersiach i gardle dusi,

Kto nie je zupy, ten umrzeć musi.

Tak też z Michasiem: był zdrów i tłusty,

Pięć dni grymasił, umarł na szósty."

 

 

Tak więc tego dnia mieliśmy już troszkę okrojone opcje, ale i tak daliśmy sobie świetnie radę i bawiliśmy się wyśmienicie do momentu, w którym poczułam unoszący się w powietrzu specyficzny swąd. Słowo stało się ciałem.

 

Tak jak suseł wyczuwający zbliżające się niebezpieczeństwo zamarłam w pozycji wyprostowanej - stanęłam tzw. "słupkiem" i w momencie wiedziałam, że (tak jak z psami) przede wszystkim nie mogę okazywać strachu, dodatkowo uruchomił się we mnie jakiś inny behawior obronny, bo moje receptory przestały cokolwiek rejestrować, nic nie czułam, nic nie słyszałam, kontury rozmyły się, a ja powoli i automatycznie wykonywałam serię ruchów...


Tak jakby z oddali słyszałam tylko swój głos, który starał się zająć jego uwagę i komentował coś, co akurat leciało w telewizji, żeby nie wymachiwał w powietrzu rączkami i nie zbliżał ich do strefy Ground Zero.


253 nawilżone chusteczki później stwierdziłam, że nie ma szans, żebyśmy obeszli się bez szlauchu, dlatego zaniosłam go do wanny ciągle mu coś opowiadając i próbując go uspokoić, żeby tylko nie wpadł w panikę i nie zaczął płakać i wrzaskać, bo wtedy ja najprawdopodobniej zrobiłabym to samo.

 

Potem siostra pytała się: "jak było? Nic? Musiałaś przecież coś widzieć, czuć. Nie wymagam zbyt wiele: kolor i konsystencja, tylko to mnie interesuje. Nie mogłaś przecież nie zauważyć...Przypomnij sobie...".


I wtedy jak przez mgłę zaczęły powracać do mnie te wszystkie obrazy i "owszem" - powiedziałam, "widziałam zieleń, widziałam brąz, widziałam nawet złoto".

 

 

23:06, psotny_wiatr , notka z dedykacją
Link
wtorek, 10 września 2013

 

 

Stręczycielka

 

 

W nawiązaniu do wczorajszego tekstu o zębach, chorobach ciała i zaręczynowym pierścionku dzisiaj napiszę parę słów o mojej siostrze, która jest już mężatką i ma już prawie 3letnie dziecko i to właśnie ona, najbardziej ze wszystkich nie pozwala mi zapomnieć, że jestem singielką, a przecież wcale nie musi tak być i dobrze by było gdyby jej dziecko miało się z kim bawić, a właśnie ja jestem następna w kolejności itd.


Dlatego też jeśli w jej życiu zawodowym czy prywatnym pojawi się jakiś miły i przystojny mężczyzna, który przypadkiem jest wolny i nieważne czy ten mężczyzna jest policjantem, ochroniarzem, nauczycielem informatyki czy po prostu spisuje stan jej wodomierzy, ona nigdy nie przepuści okazji, by skierować jego uwagę na moją skromną osobę, a jeśli tak się składa, że mężczyzna taki potrafi pisać i czytać, pokazuje mu również najlepsze fragmenty bloga.

 

Wyobraźmy więc sobie taką scenkę rodzajową, która zdarzyła się naprawdę w maju zeszłego roku.

 

Odczuwając silny ból kręgosłupa idę do lekarza, który zleca wykonanie Rentgena, a że zdjęcia nic nie pokazują każe mi zrobić badanie rezonansem magnetycznym.


Udaję się więc na badanie, leżę plackiem w samej bieliźnie, pan operator zakłada mi słuchawki na uszy, żeby zniwelować hałas, a mały, okrągły statek kosmiczny krąży nade mną przygotowując się do lądowania na moim brzuchu.


Potem ubieram się i z duszą na ramieniu czekam ok. 15 minut na opisanie badania.


4 pacierze później dostaję opis, płacę i z gracją opuszczam klinikę, po czym udaję się na winkiel, siadam na murku, gdzie nikt mnie nie widzi i mówię sobie, że cokolwiek jest tam napisane, wszystko będzie dobrze i jakoś się ułoży. Mam szczęście, że dożyłam swoich 29 lat, a jeszcze większe szczęście, że w ogóle przyszłam na świat... "Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają" itd.

 

Wreszcie zdobywam się na odwagę, wyjmuję opis badania z koperty i czytam:

 

 

Uwypuklina krążka międzykręgowego na poziomie L2/L3.

Uwypuklina krążka międzykręgowego na poziomie L3/L4.

Uwypuklina krążka międzykręgowego na poziomie L4/L5.

Uwypuklina krążka międzykręgowego na poziomie L5/S1.

 

 

Czy to możliwe, żeby w takim gabinecie i przy opisie takiego badania zacięła się im drukarka?- myślę sobie.

 

 Czytam dalej, a potem widzę to:

 

Guzki Schmorla na poziomach L2/L3, L3/L4.

 

Jest to naukowa nazwa moich przepuklin, ale wtedy oczywiście jeszcze tego nie wiedziałam, więc w momencie uświadomiłam sobie, że umieram i rzeczywiście schodzę ze sceny, prawdę mówiąc podświadomie czułam to już od dawna, a teraz wreszcie mam to na piśmie.

Guzki i 4 uwypukliny...zastanawiam się czy to nie cud, że ja w ogóle jeszcze chodzę? Może powinnam zawiadomić Watykan? I kim w ogóle był Schmorl? Czy to przypadkiem nie on wynalazł wózek inwalidzki?


Wyjmuję telefon i wpisuję w wyszukiwarkę "guzki Schmorla forum" czując, że za chwilę wybuchnę płaczem i będę tam siedzieć i beczeć jak koza...Wynik powoli ładuje się, ale nagle dzwoni do mnie moja siostra, a ja w momencie odczuwam ogromną ulgę, bo jej to wszystko opowiem, bo mi zaraz powie, że opisy zawsze wyglądają groźnie i trzeba poczekać co powie lekarz i żebym tylko nie wchodziła na żadne fora w internecie...

 

Odbieram więc i oto co słyszę:

 

"słuchaj, jest tutaj taki facet i mówi, że nie ma z kim iść na wesele, mi się nie podoba, ale może być w twoim typie. poszłabyś?"


 

p.s.

ostatnia randka, na którą poszłam z jej znajomym z pracy zakończyła się 3 spotkaniami, po czym on bez słowa wyjaśnienia przestał do mnie dzwonić i pisać smsy...Naprawdę nie wiedziałam w którym momencie popełniłam błąd. Dopiero miesiąc później dowiedziałam się (od mojej siostry), że on jednak szuka ŻONY...co moja siostra dodatkowo skwitowała:


"jeśli chcesz poznać normalnego i odpowiedzialnego mężczyznę i nie umrzeć starą panną, będziesz musiała nad sobą jednak jeszcze trochę popracować".


 

 

Dzisiaj po południu zabolał mnie ząb, a ja wiedziałam od razu, że ten ząb chce mi coś powiedzieć.


Zawsze kiedy zupełnie znienacka dopada mnie jakiś silny ból, wiem, że moje ciało pragnie mnie albo przed czymś przestrzec albo uświadomić mi coś, z czego nie do końca zdaję sobie jeszcze sprawę, bo moje ciało z reguły wie o pewnych rzeczach jakieś pół roku wcześniej niż mój świadomy umysł.


Jak zawsze w sytuacjach kryzysowych od razu zadzwoniłam do swojej siostry i powiedziałam, że bardzo boli mnie ząb i muszę natychmiast porozmawiać z psychologiem, bo wszystkie zęby mam zdrowe, niedawno wyleczone. Powiedziała, że mimo wszystko nie zaszkodzi, jeśli zęba najpierw obejrzy dentystka, a dopiero potem psycholog i że zawsze mogę zadzwonić do telefonu zaufania. "Bo właśnie po to jest".


Biorę więc proszki przeciwbólowe i zaczynam się zastanawiać co takiego chce mi powiedzieć mój ząb, jednak proszki nie pomagają, a ból nie pozwala mi się skupić, bo zagarnia następne zęby, więc kiedy w końcu docieram do dentystki, a ona pyta, który ząb mnie boli, odpowiadam zgodnie z prawdą, że boli mnie cała jama ustna w prawym górnym rogu.

 

 

 - Ale który ząb boli panią najbardziej?

 - Możemy zacząć od 5-tki albo 6-tki- przyznaję niechętnie, bo wiem, że to i tak do niczego nie zaprowadzi.

- Dziwne. Wyglądają na całkowicie zdrowe.

 

 

"Dla kogo dziwne to dziwne"  myślę z satysfakcją, bo wiem, że ona niczego tam nie znajdzie.



Wtedy pani wyjęła z szuflady jakieś metalowe szydełko i zaczęła nim ostukiwać z każdej strony 5-tkę i 6-tkę, co mnie bardzo bolało, a w co ona nie mogła uwierzyć, bo "to są dwa całkowicie zdrowe zęby" i "niemożliwe, że dwa bolą tak samo jednocześnie" i "musimy wybrać ten, który jednak boli bardziej", a ponieważ szydełkiem nie udało się tego ustalić, przyłożyła mi do zębów jakiś wacik pachnący denaturatem albo naftą albo rozpuszczalnikiem i kazała mi powiedzieć co czuję.

"Ból" - powiedziałam, co było złą odpowiedzią, bo jakoby powinnam czuć "zimno".


Potem wyjęła z szuflady jakiś szpikulec i bez znieczulenia zaczęła nim dźgać to w 5-tkę, to w 6-tkę, po czym stwierdziła z niedowierzaniem, że na coś się natknęła, że coś siedzi między moimi zębami i że trzeba to wyciągnąć, ale nitką się nie da, potrzebne jest coś o ostrym końcu, obie byłyśmy w szoku i bardzo podekscytowane i ciekawe co to może być, a ja chciałam zgadnąć co to jest zanim mi to pokaże,  więc się jej zapytałam czy jest to coś żywego i czy się rusza...


Dentystka zaczęła szarpać, a ja czułam jak powoli coś wyciąga i że jest to ostre, więc od razu pomyślałam, że musi to być pierścionek zaręczynowy, który ktoś mi włożył w ciastko, a ja go zeżarłam i nawet tego nie zauważyłam.


A może to ciastko było przeznaczone dla kogoś innego?


Okazało się jednak, że to wcale nie pierścionek tylko kawałek plomby odłączył się od reszty, po czym w jakiś tajemniczy sposób dostał się między szczeliny i zadomowił się między 5-tką i 6-tką, a ja niczego nieświadoma nosiłam takiego pasażera nie wiadomo ile, dopóki nie doszło do zapalenia...


A dlaczego doszło do zapalenia akurat dziś, a nie np. za 2 tygodnie?


Bo mój ząb chce mi dzisiaj coś powiedzieć, więc z większą uważnością obserwuję to, co się wydarza i nie podejmuję żadnych pochopnych decyzji.


 

Tematy powiązane:

konfikt wewnętrzny, a przepukliny

oko

 

01:08, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 lipca 2013

 

 

W Polsce susła widziano po raz ostatni w latach siedemdziesiątych w Kamieniu Śląskim. Ponieważ przylgnęła do niego łatka szkodnika, przez długi czas był zwierzątkiem ściganym, a na poligonie wojskowym w Łambinowicach na Opolszczyźnie za jego zabicie obiecywano nawet nagrody pieniężne...

 

 

 

 


 

 

W 2005 roku podjęto próby jego reintrodukcji: w Kamieniu Śląskim wypuszczono na wolność 75 susłów pochodzących od osobników sprowadzonych z Węgier.

 

 

 

fot. Wojtek Stephan


Próby okazały się sukcesem: w zeszłym roku potwierdzono obecność ponad 700 czynnych nor.

Naszym zadaniem było sprawdzenie ile susłów przetrwało ciężką zimę i inne niebezpieczeństwa grożące im ze strony drapieżników: lisów, łasic i ptaków.

 

 W tym celu skanowaliśmy ponad 40 hektarową łąkę poszukując susłowych nor:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

często prowadzą do nich wydeptane przez susły ścieżynki:

 

 

 

 

każdą znalezioną norę oznaczamy chorągiewką:

 

 

 

 

 

a następnie zatykamy ją wiązką trawy:

 

 

 

 

 

jeżeli w norze mieszka suseł bez problemu przebije się przez trawę (jest silny i ma długie, ostre pazury):

 

 

 

 

czasem zawlecze ją gdzieś dalej, aby nie zagradzała mu wejścia do domostwa:

 

 

 

 

trawę może też potraktować jako prezent, dar od losu i wciągnąć do nory, żeby np. wypchać nią swój materac.

 

 

Ugory, łąki i pastwiska to tereny, które susły lubią najbardziej.

Unikają terenów wilgotnych, więc można je też spotkać blisko pól golfowych, padoków i lotnisk...

 

 

 

 

 

 

 

po pierwsze mogą stamtąd z łatwością złapać lot do swoich krewnych za granicą (short-haul flights destinations: Ukraina, Węgry, Słowacja, Czechy, Rumunia i Austria), po drugie nisko przystrzyżona trawa pomaga im w porę dostrzec czyhającego na nie drapieżnika.

 

 

Od września do marca susły śpią, w sezonie letnim na powierzchni przebywają tylko 5 godzin.

 

 

Mimo, że ich nory składają się z dużej ilości krętych korytarzy (ich długość może sięgać nawet 8 metrów) nie znajdziemy tam spiżarni, ponieważ susły nie magazynują żywności tylko obrastają tłuszczem w zgodzie z łacińską sentencją "Omnia mea mecum porto" ("Wszystko co posiadam, noszę z sobą").

 

 

 Żywią się głównie roślinami i nasionami.

 

Lubią też czosnek i nie zawsze pamiętają, żeby po sobie posprzątać:

 

 

 

Od czasu do czasu pozwalają sobie na odrobinę szaleństwa i zamawiają mięsnego take-away'a, tutaj padalec:

 

 

 

 

Bardzo trudno jest zobaczyć susła na żywo, ponieważ pomimo tego, że są zwierzętami stadnymi i lubią swoje towarzystwo (kopią nory w bliskich odległościach) bardzo nieufnie podchodzą do obcych i niełatwo zawierają nowe przyjaźnie.


Skąd więc wiadomo, że w norach mieszka akurat suseł, a nie nornik albo żmija zygzakowata ?


Otóż już pierwszego dnia mojego chodzenia po łące usłyszałam przenikliwy świst, a później następny...i następny...Początkowo nie zwracałam na to uwagi, ponieważ już od dawna zdarza mi się słyszeć świsty w moich płucach...szczególnie kiedy podejmuję jakiś wysiłek fizyczny.

Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że to właściwie nie ja, tylko susły świszczą, aby ostrzec się wzajemnie, że na ich posesję wkroczył jakiś intruz...

 

Co ciekawe, gwizdy susłów są bardzo zróżnicowane: inny jest gwizd obwieszczający drapieżnika, inny kojota, jeszcze inny wysoką blondynkę...

 

 

Przeciętny suseł ma ok. 150 znajomych na facebook'u, do których zaliczają się m.in.:

 

potrzeszcz:

 

 

 

 

 

zmrocznik przytuliak:

 

 

 

 

koniki fiordzkie:


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

cieciorka pstra, krewniaczka koniczyny:

 

 

 

 cykoria podróżnik:

 

 

 

 

 

kozibród łąkowy, który otwiera się tylko na 2 godziny dziennie:

 

 

 

 

co też i zrobił na naszą specjalną prośbę:

 

 

 

 

wśród ostatnio dodanych znajomych jest też lucerna chmielowa:

 

 

 

 

i jej bliska koleżanka przytulia krzyżowa:

 

 

 

 

 oraz piękny kwiat, którego nazwy nikt nie znał...


 

Na łące pod stertą kamieni widziano również gniewosza plamistego, który jednak jest tak wyczulony na punkcie polityki prywatności, że odmówił nam zgody na publikację swoich zdjęć..

 

 

Po przejściu całej łąki naliczyliśmy 331 czynnych nor, czyli o połowę mniej niż w zeszłym roku. Powodem takiego stanu rzeczy może być:


a) zbyt długa zima

b) deszczowa wiosna

c) inne wypadki losowe

 

jednak nigdy nie poznamy prawdziwych przyczyn, ponieważ susły bardzo niechętnie udzielają wywiadów.

 

 Jednego wieczoru udaliśmy się do pobliskiego lasu, aby złowić przelatujące tamtędy nietoperze. W tym celu rozwiesiliśmy ogromne sieci o gęstości oczek odpowiadających rajstopom damskim 15 DEN (wszystko odbywało się pod czujnym okiem chiropterologów, nie próbujcie więc robić tego sami w domu).

 

 

 

Niestety nie pojawił się żaden nietoperz. Wcześniej pojawiła się jednak ropucha, a ja dowiedziałam się, że ropucha nie jest żabą...

 


 

 

Czuwaliśmy również pod drzwiami pobliskiego kościoła, na którego strychu mieszka kolonia nietoperzy i obserwowaliśmy skąd wylatywały na nocne łowy.

 


 

poniżej detektor, który mierzy wytwarzane przez nietoperze ultradźwięki, w związku z czym ktoś, kto się na tym zna, może rozpoznać jaki gatunek nietoperza krąży w pobliskiej okolicy:

 

 

A tutaj przykładowe nagrania krótkich sekwencji dźwięków wydawanych przez nietoperze pochodzące z takiego właśnie detektora w systemie frequency division:


 

Pipistrellus pygmaeus Karlik drobny:

 Pipistrellus pipistrellus Karlik malutki:

 Pipistrellus nathusii Karlik większy:

 Myotis myotis Nocek duży, wylot z kolonii:

 

 

 

 

Z tego miejsca pragnę gorąco podziękować wszystkim przyrodnikom, botanikom i chiropterologom, a szczególnie pani Eli i Grzegorzowi, którzy opowiadali mi o kwiatach, susłach i nietoperzach i którzy z anielską cierpliwością odpowiadali na wszystkie moje pytania takie jak:


"czy nietoperz może skołtunić mi włosy jeśli stosuję odżywkę głęboko nawilżającą?"

"czy łąka może mieć działanie halucynogenne?"

"jak zrobić zdjęcie robaczkowi świętojańskiemu, żeby świecił równie mocno na zdjęciu?"

"a dlaczego susły mają taką opływową głowę?"

"a dlaczego susły mają takie wielkie oczy?"

"a dlaczego susły mają takie ostre i długie pazury?"


 

 

Reintrodukcją susła moręgowanego w Polsce zajmuje się Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody "Salamandra".

 


niedziela, 30 czerwca 2013

 

 

Jutro z samego rana razem z Dzidosławem wyruszamy do Kamienia Śląskiego liczyć susły.


Są gatunkiem zagrożonym, a naszym zadaniem będzie sprawdzenie czy próby ich reintrodukcji się powiodły.

 

 Ten wyjazd będzie dla nas prawdziwą próbą charakteru, ja będę miała okazję popracować szczególnie nad cnotą cierpliwości: cały tydzień będę stała na łące z lornetką w ręku, co będzie dla mnie dodatkowym wyzwaniem ponieważ tak się składa że cierpię na chlorozę...


Jest to choroba, która zazwyczaj dotyka liście, ale tak się złożyło, że dotknęło to również mnie. Polega to na tym, że wskutek zaniku chlorofilu rozpadają się chloroplasty i liście tracą swój naturalny kolor, a u mnie manifestuje się to tym, że jestem bardzo blada (niemal przezroczysta) i ciągle czuję się jakbym była na granicy omdlenia w związku z czym większość czasu muszę spędzać leżąc na sofie...


 Nie wiemy czy susły się nas spodziewają i jak zostaniemy przyjęci.

Dowiedzieliśmy się, że są zwierzętami stadnymi, żyją w norach, samce są poligamistami, wykorzystując swój urok osobisty (wielkie, migdałowe oczy, miękkie futerko, smukła sylwetka, przeciągłe gwizdy) utrzymują kontakty z dużą liczbą partnerek, jednak po zakończeniu okresu godowego tracą nimi zainteresowanie i nie pomagają  w wychowaniu młodych...

Średnio nam się to podoba, więc spróbujemy z Dzidosławem zainterweniować w tej sprawie...

 

W planach jest również nocne obserwowanie nietoperzy, a jak wiadomo nietoperze przejawiają tę fatalną skłonność do przycapiania się za włosy...

Uważni czytelnicy tego bloga doskonale wiedzą, że moje włosy są wysuszone na wiór (pisałam o tym tutaj i tutaj) domniemany napastnik miałby więc bardzo dobrą przyczepność i choć średnio mam ochotę mocować się z nietoperzami, oficjalnie obwieszczam, że jeśli tylko zajdzie taka konieczność, będę walczyć do końca.

 

Bardzo bym chciała przywieźć sobie takiego susełka do domu, ale skoro je wszystkie przeliczymy coś takiego na pewno nie przejdzie niezauważone...Mam więc nadzieję, że pokusa nie będzie zbyt wielka.

 

 

 Dzidosław jest już gotowy do wyjazdu:

 

 

 

 

Nie jestem pewna czy takie eleganckie spodnie są stosowne do okazji i pasują do tego, żeby się w nich zapuszczać w szuwary i tatarak, ale on uważa, że pewne standardy muszą być zachowane bez względu na wszystko...

 

Zabieramy również rozmówki hawajsko-kreolskie, bo mimo, że jedziemy tylko do Kamienia Śląskiego, nigdy nie wiadomo gdzie się ostaniemy.


Jeśli oczywiście wyjdziemy stamtąd żywi ...


 

 

23:49, psotny_wiatr , travel channel
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 20 maja 2013

 

 

 The state of the Web- spring 2013

 

 

Dokładnie 30 lat temu w dalekiej indiańskiej wiosce Tonga Wonga wśród błysków błyskawic i grzmotów piorunów przyszedł na świat psotny_wiatr.


Czy wyglądam na swoje 30 lat? Ostatnio pani w aptece zaproponowała mi krem nawilżający, dopiero jak wróciłam do domu zauważyłam, że jest na nim napisane 25+, a wcale nie poprosiła mnie o dowód, więc widocznie na twarzy jestem już lekko strupieszała...


Czy mam jakieś postanowienia na resztę swojego życia? Nawet nie obiecuję sobie, że będę uprawiać więcej sportu, już się nie łudzę...bo nawet idąc bardziej przyśpieszonym krokiem czuję jakby mi coś w piersiach rzęziło, więc podejrzewam, że zaszły już zmiany nieodwracalne... i moim pobratymcom ze wsi Tonga Wonga na pewno by się to nie spodobało.


Zamiast sportu w wolnych chwilach dokarmiam więc ptaki, uczę się robić na drutach i myślę o założeniu zielnika, z chwilą jego założenia moje życie definitywnie stanie się nieprzerwanym pasmem samych przyjemności...Nigdy nie sądziłam, że to się stanie tak szybko.


Dodatkowo uczę się również sztuki medytacji, a ponieważ siedzenie po turecku dłużej niż 12 godzin źle działa na mój kręgosłup, medytuję na leżąco i robię wszystko, żeby zazen (medytacja) nie zamieniła się w hsiu shi (drzemkę). Mój rekord to 25 minut, ale czuję, że będzie coraz lepiej.


Oczywiście spotyka się to z niezrozumieniem ze strony z moich bliskich, którzy pytają czy nie mogłabym w ramach medytacji np. umyć okien albo odmrozić lodówki, więc tłumaczę im, że całkowicie mylą pojęcia i że wschodnia tradycja taoistyczna już od dawna uznaje bezczynność za ścieżkę duchową i dla potwierdzenia moich słów cytuję im twórcę taoizmu Lao Tzu:



"W świecie nie ma niczego, co można by porównać z nauką ciszy i korzyścią nieczynienia"

"Zajmij się nierobieniem niczego, usiłuj nic nie usiłować "

"Nie rób nic, a wszystko będzie zrobione"

"Gdzie pajęczyny, tam ładne dziewczyny"


(Lao Tzu "Księga dao i de")



Nie da się ukryć, że nadal nie mam męża, nie mam konkubenta, wszystkie swoje uczucia lokuję w kocie, ale może to się wkrótce zmieni, bo po pierwsze nadeszła pierwsza oferta na wystawiony przeze mnie anons (!) i wszystkie odpowiedzi zgadzają się z wcześniej przygotowanym przeze mnie kluczem (!!), po drugie jakieś pół roku temu zalogowałam się na forum turystycznym, o czym zupełnie zapomniałam, więc bardzo się zdziwiłam, kiedy jakieś 2 tygodnie temu dostałam email od mężczyzny, który napisał, że jest Japończykiem, że mieszka w Warszawie, że prowadzi tam swój sushi biznes, że lubi poznawać nowych ludzi i chciałby się wymienić swoimi turystycznymi "experiences" i może ja czuję tak samo? Dodał, że mówi trochę po polsku, a tak się szczęśliwie składa, że ja (o czym nie każdy wie) również potrafię powiedzieć coś po japońsku: Kamui Kobayashi, karaoke i Noriaki Kasai.


Nie wiem jeszcze czy się z nim spotkam, a jeśli tak, to jedno jest pewne: spotkanie odbędzie się w miejscu publicznym i dobrze oświetlonym, a ja (jak na każde spotkanie z nieznajomym mężczyzną) udam się na nie uzbrojona w ręczny miotacz gazu obezwładniającego:

 

 

 

 

 

 

Bardzo łatwo pomylić go z długopisem, co jest w zasadzie jego zaletą, ale uczulam, żeby nie trzymać go np. na stoliku nocnym, bo oczywiście jest to broń obosieczna, wystarczy chwila nieuwagi i miotacz mógłby się obrócić przeciwko nam...


ps. jak widać jest już troszkę pościerany od mojego kurczowego zaciskania na nim moich piąstek...

 

18:30, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (7) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15