stat4u
niedziela, 27 października 2013

 

 

Odkąd wyszłam za mąż, dostaję bardzo dużo emaili od swoich czytelniczek z różnymi pytaniami odnośnie naszego życia małżeńskiego, dzisiaj postanowiłam więc podzielić się odpowiedziami na te najczęstsze z nich:


1. Kiedy po raz pierwszy pokazałam się Rodżerowi bez makijażu?

 

Statystycznie rzecz ujmując, jedno na trzy małżeństwa się rozwodzi, dlatego jestem w stanie zrobić wszystko, żeby utrzymać Rodżera przy sobie.


Na przykład kiedy prosi mnie, żebym przyniosła mu zimne piwo z lodówki, trasę między lodówką, a jego fotelem przemierzam w szpilkach i 30 centymetrowej spódniczce mini w kolorze lila róż.

Odkąd wyszłam za mąż jest to mój oficjalny strój domowy.


Uważam, że szpilki, mini, balejaż i makijaż to absolutne minimum jeśli chcemy utrzymać przy sobie ukochanego mężczyznę, a jak tragiczne w skutkach może okazać się niedopełnienie tych podstawowych wymogów przekonałam się kiedyś na własnej skórze:


otóż wieczorami zawsze schodzę na dół do mieszkania Rodżera w pełnym makijażu i mówiąc mu "dobranoc" wpatruję się w niego szeroko otwartymi, umalowanymi oczami, bo właśnie tak chcę zostać przez niego zapamiętana...do czasu kiedy zobaczymy się następnym razem...


Kiedyś jednak obudziłam się w środku nocy i chciałam napić się mleka, niestety nie znalazłam żadnego w swojej lodówce, musiałam więc zejść na dół do lodówki Rodżera...Starałam się to zrobić bardzo cicho, żeby mnie nie usłyszał i żeby się nie obudził, bo nie chciało mi się malować oczu na "smoky eyes" specjalnie na tę okazję, postanowiłam więc zaryzykować i zeszłam na dół bez maskary, we flanelowej piżamie i wełnianych skarpetach...


Wyjęłam z lodówki butelkę mleka, a potem jeszcze jedną, żeby mieć na zapas i ruszyłam w stronę schodów, jednak jak już kiedyś pisałam, czasami (zwłaszcza wcześnie rano) zdarza mi się mieć problemy z błędnikiem i niechcący weszłam we framugę drzwi, Rodżer się przebudził...a ja przeżyłam chwilę grozy...ale na szczęście trwało to tylko chwilę, bo Rodżer wziął mnie za naszego mleczarza i powiedział, że napiwek jest tam gdzie zawsze, po czym odwrócił głowę i poszedł znowu spać...


Także tym razem mi się udało, ale od tamtej pory jestem dużo bardziej ostrożniejsza, bo doszłam do wniosku, że fakt, iż mój mąż już po dwóch miesiącach myli mnie z mleczarzem wcale nie wróży dobrze naszemu małżeństwu, zwłaszcza, iż jest to mąż, który trzyma pod poduszką broń...

 


2. Czy naprawdę mamy oddzielne sypialnie?


Tak, ja nadal śpię w tym samym łóżku, w którym spędziłam tyle samotnych nocy jako singielka marząc o swoim idealnym mężczyźnie...W najśmielszych snach nie przypuszczałabym, że kiedyś poznam Rodżera, który aż tak bardzo zbliży się do mojego ideału...


Na naszym małżeńskim łożu śpi Rodżer, a jeśli zajdzie taka potrzeba przychodzi po mnie na górę i znosi mnie po schodach na rękach...


Jedynym minusem jest to, że Rodżer lubi pościel z kory, której ja wprost nie cierpię, ale przecież małżeństwo to sztuka kompromisów dlatego śpimy razem pod pościelą z kory (Rodżer dostał 10 kompletów jako prezent ślubny, nadal nie wiem od kogo, ale podejrzewam, że to od tej bździągwy fryzjerki, jego byłej, z którą nadal się przyjaźnią i którą nawet zaprosił na wesele).

 

 

3. Czy często się kłócimy?

 

Owszem, zdarza się, że się kłócimy, ostatnio kłóciliśmy się, bo Rodżerowi zginęły 2 sig-sauery i "mógłby przysiąc, że zostawił je w schowku pod schodami...", więc ja mu mówię, że nie mam zielonego pojęcia gdzie one mogą być, że nie dotykam jego rzeczy i że ja mu nie zawracałam głowy jak mi się ostatnio zawieruszył gdzieś sztuczny penis z ostatniej dostawy, więc proszę mi już nie wspominać o tych sig-sauerach, ten temat uważam za zamknięty raz na zawsze, a w ogóle to czy nie widzi że teraz pracuję i że ja mu nie przeszkadzam, kiedy widzę, że jest zajęty i na przykład rozmawia na Skypie z talibami...

 


poniedziałek, 14 października 2013

 

 

To piszę ja. Rodżer.

Dzisiaj chciałbym podzielić się swoimi wrażeniami i napisać jak to jest być mężem Moniki a.k.a Psotny Wiatr.

 

Najpierw chciałbym opowiedzieć jak się poznaliśmy, bo trzeba przyznać, jesteśmy dość nietypową parą i szanse, że kiedykolwiek się spotkamy były raczej niewielkie.

 

Otóż poznaliśmy się w księgarni.

W bramie praskiej kamienicy odkryliśmy wtedy dziuplę narkotykową i moim zadaniem było obserwowanie jej z księgarni naprzeciwko  (podawałem się wtedy za rzekomego pracownika) i właśnie tam poznałem Monikę.


Pewnego słonecznego, jesiennego dnia weszła do tej księgarni i od razu skierowała swoje kroki na dział psychologii i poradników "jak żyć". Zdjęła z półki jedną książkę i zaczęła ją przeglądać.


Kątem oka dostrzegłem, że była to "Twórcza wizualizacja" pozycja, której szczerze mówiąc wtedy jeszcze nie znałem... Przyglądając się Monice zacząłem się zastanawiać co taka kobieta jak ona musi sobie wizualizować i czego jej w życiu brakuje...Bo nie będę ukrywał, bardzo mi się spodobała w sensie fizycznym. Aczkolwiek była lekko anemiczna i wymizerowana, miała na sobie jakiś stary, brązowy, rozwleczony sweter i zauważyłem też, że miała lekko wysuszone włosy. Znam się akurat na włosach, bo moja była jest fryzjerką...

 

Mimo wszystko nie dało się ukryć, że jest atrakcyjną kobietą i bardzo chciałem do niej zagadać. Podszedłem więc i powiedziałem, że dzisiaj mamy promocję "dwie za jedną" i że może chciałaby sobie jeszcze coś wybrać...ona ucieszyła się słysząc to, a ja byłem bardzo ciekawy co jeszcze sobie wybierze...Po chwili wróciła z "Genezą przysłów polskich"... "Ja pierdolę" pomyślałem "dobrze, że wiem jak sobie radzić z nagłymi skokami adrenaliny".

 

Powiedziała, że lubi przysłowia...zwłaszcza takie, których etymologia nie jest jeszcze do końca znana np. "podawała baba babie przez piec malowane grabie" i że często wykorzystuje przysłowia na swoim blogu...nie, nie jest to tematyczny blog...nie jest to też blog o modzie...ot dzieli się z czytelnikami swoimi przemyśleniami o życiu...pozwala jej się to trochę rozerwać po nudnej pracy w biurze... I wtedy sobie pomyślałem...jakie to wszystko jest smutne: ten jej sweter, to, że pracuje w biurze, to, że pisze bloga...kogo obchodzi co osoba pracująca w biurze myśli o życiu? Jeśli w ogóle można to nazwać życiem...


Proszę jednak nie zrozumieć mnie źle. Mnie akurat bardzo interesowało co Monika myśli o życiu, tak jak już napisałem, to bardzo atrakcyjna kobieta i zrobiła na mnie duże wrażenie...powiedziałem więc, że oczywiście bardzo chętnie zajrzę na jej blog...Przynajmniej będę miał pretekst, żeby się do niej odezwać - pomyślałem sobie wtedy.

 

Kiedy tego dnia wróciłem do domu i zacząłem pobieżnie przeglądać ten jej blog, po prostu przeżyłem wstrząs. Wiedziałem od razu, że to agentka kolumbijskiego rządu...podstawiona, żeby odwrócić moją uwagę od tego, co działo się wtedy w dziupli.


W momencie wszystko złożyło się w całość: to, że lubi się przebierać; pamięć jak afrykański słoń; kot w którym spokojnie można szmuglować kokę, fałszywe paszporty, akty zgonu; jakaś dziwna akcja przeczesywania terenu o kryptonimie S.U.S.E.Ł...ciekawe czego tam szukali...a do tego wszystkiego niebywały wręcz zmysł obserwacji...


"Kiedy jesteś blisko, udawaj, że jesteś daleko. Kiedy jesteś daleko, udawaj, że jesteś blisko..." Sun Zi. Klasyk szpiegostwa.


Teraz mogłem się tylko domyślać co wynosili z dziupli, kiedy ona opowiadała mi o malowanych grabiach...

 

Psotny Wiatr...Psotny Wiatr...Pewnie brała udział w akcji "Pustynna Burza" i stąd ten nick...

 

Oczywiście potem to wszystko okazało się nieprawdą, ale tamtego wieczoru naprawdę sądziłem że za tę krótką rozmowę z nią zapłacę swoją karierą...


Obecnie Monika nie pracuje już w biurze, na moją specjalną prośbę wyrzuciła też swój brązowy sweter, jednak jak wszyscy widzą nadal pisze swojego bloga, chociaż osobiście bardzo jej to odradzam i staram się ją przekonać, że bez sensu jest pisać i inwestować w blog, którego prawie nikt nie czyta, ale ona zawsze ma na to gotową odpowiedź: że robi to dla własnej przyjemności, że lubi mieć kontakt ze swoimi czytelnikami i że jak mówią w Zen: "dobry łucznik nie strzela dla nagrody" więc ja jej wtedy ripostuję idąc dalej tropem tej metafory, że łucznik może przynajmniej zjeść to, co sobie ustrzeli i że jakoś nie widzę, żeby blog sprawiał jej jakąś mega ogromną frajdę i czy "kontaktem z czytelnikami" nazywa te 2 komentarze pod ostatnią notką?

 

 

Zanim dokończyłem to zdanie już żałowałem tego, co powiedziałem o łuczniku, bo oczywiście zaraz słyszę, że jej wypominam, że zarabiam więcej od niej, że jest na moim utrzymaniu, że to nie jest jej wina, że gadżety tak słabo się sprzedają, że pewnie bliżej Świąt będzie miała więcej zamówień, a w ogóle to niedługo będziemy musieli zacząć je testować, bo ma za dużo zwrotów...chociaż jeśli tak bardzo wypominam jej te swoje pieniądze, to ona nie za bardzo widzi w tym wszystkim sens i jutro z samego rana zamknie "Pończoszkę" i zacznie wysyłać cv i że woli przekładać papiery z miejsca na miejsce przez osiem godzin niż tego wszystkiego wysłuchiwać, po czym trzaska drzwiami i idzie do siebie na piętro, a ja wiem, że przez co najmniej kilka dni na pewno nie będziemy testować gadżetów...

 

 

A ja chcę dla niej tylko dobrze, bo wiem ile ten blog ją kosztuje i tak naprawdę robię co mogę żeby ją wspierać np. jakiś czas temu wpadłem na świetny pomysł odciążenia jej kota (od jakiegoś czasu uważa że tak naprawdę to nie jest kot, tylko pół-kot, pół-krasnal) bo waży prawie 4 kilo, a ona nie może dźwigać ciężkich rzeczy, więc pomyślałem że skoro tak bardzo chce zabierać go na wycieczki i robić mu zdjęcia to ja go rozbroję i zbiję na nowo z balsy (bardzo lekki gatunek drewna wykorzystywany w modelarstwie) ale słysząc to przechyliła tylko głowę i spojrzała na mnie takim świdrem jakbym co najmniej chciał wysadzić tego kota w powietrze i powiedziała że po takiej ingerencji to nie byłby już ten sam pół-kot, pól-krasnal i że dusza nie jest aż tak bardzo niezależna od swojej ziemskiej powłoki jak mi się najwyraźniej wydaje.

 

Staram się też pomagać jej w pisaniu powieści, szczególnie w kwestiach merytorycznych i cierpliwie odpowiadam na wszystkie jej pytania: co to jest giwer?, co to jest paździerz?, jak inaczej powiedzieć "tępo-krawędzisty przedmiot"?


Co ciekawe, zna słowa o które nigdy bym jej nie podejrzewał np. wie, że "karburator" to dawna nazwa gaźnika, a na "sworzeń wahacza" mówi "schorzeń wahacza" żeby było zabawniej...Domyślam się, że to pozostałość po jej byłych fagasach, którzy rozbijali się na motorach i godzinami oglądali tvn turbo...ale nie zaczynam tego tematu, bo robię się wtedy delikatnie zazdrosny...Chociaż ona mówi, że nie mam ku temu żadnych podstaw...tak jak po wrzuceniu zdjęć z naszej sesji zdjęciowej...


Ja rozumiem, że można wrzucić dziesięć, rozumiem nawet piętnaście...ale czterdzieści pięć zdjęć ze ślubu to chyba lekka przesada? I dlaczego wrzuciła na blog zdjęcia na których jest sama i na przykład opiera się o drzewo? Czy chce się komuś przypodobać? Wydawało mi się, że pewne kwestie rozwiązaliśmy już raz na zawsze...

 

 

23:59, psotny_wiatr
Link
piątek, 04 października 2013

 

 

Jak gotowałam risotto dla Rodżera

i inne opowieści z życia mężatki

 

 

 

 

 

 

Zaraz po ślubie wprowadziliśmy się do domu Rodżera i tak oto spełniło się moje największe marzenie: nie tylko mieszkamy w domu wolnostojącym, ale każde z nas: i ja, i mój mąż mieszka na osobnym piętrze, tak jak Paweł i Gaweł.

Tylko w takim układzie nie czuję, że moja przestrzeń życiowa jest tłamszona.

 


Mój dzień nie zmienił się znacznie od kiedy wyszłam za mąż, nadal wyznaczają go solidne ramy, dzięki którym łatwiej mi jest zachować wewnętrzną równowagę.


Zawsze staram się chodzić spać z kurami, więc kładę się około godziny 22 i budzę się o 7 rano. Potem udaję się do kuchni, żeby zaparzyć sobie kawę.

 

Kawę parzę w specjalnym™ zaparzaczu, jest to specjalna™ kawa, ze specjalnym™ syropem, ze specjalnym™ mlekiem, w specjalnym™ kubku.


Od 7.15 do 9.30 leżę w łóżku i oddaję się rozmyślaniom, ponieważ moja wyobraźnia, umiejętność kojarzenia i krystalizowania się poglądów są wtedy na swoim możliwie najwyższym  poziomie i nie wyobrażam sobie, że mogłabym w tym czasie szukać brakującej skarpety czy kluczyków do samochodu mojego męża.


Zresztą nie słyszę, żeby krzątał się na dole, więc pewnie od dawna nie ma go już w domu.


Rodżer jest antyterrorystą, więc nie wiem do końca czym się właściwie zajmuje (tajemnica służbowa), nikt oprócz mnie nie zna też jego twarzy, nie mogę napisać gdzie mieszkamy, ani jak się nazywamy, mogę jedynie zdradzić, że wcale nie ma na imię Rodżer (to tylko ksywka, którą nadali mu jego amerykańscy koledzy po fachu po ostatniej akcji zatrzymania jakichś przemytników w Babimmoście, nie wiem o co dokładnie chodziło, ale od tego czasu mamy w domu bardzo dużo broni, a ja napotykam karabiny, sztucery i sig-sauery w najmniej oczekiwanych miejscach, więc teraz rozumiem, co żony mają na myśli, kiedy mówią, że ich mężowie nie sprzątają po sobie). 


Tak więc mój mąż ma na imię Dimitri i ma bałkańskie korzenie (stąd jego ciemna karnacja). Jak każdy antyterrorysta jest bardzo wysportowany i silny (zatrzymuje konie w galopie), nurkuje, skacze ze spadochronem, a w wolnych chwilach strzela z łuku.


Dima jest też zrównoważony psychicznie i nie uskarża się na żadne fobie, przez co wspaniale się razem uzupełniamy.

 

 

Kiedy wypiję kawę sprawdzam w swoim smartphonie czy dostałam jakieś emaile od swoich 37 fanów, ponieważ jednak skrzynka jak zwykle jest pusta, wstaję z łóżka i zasiadam do swojego mahoniowego biurka przy którym będę pracować nad swoją powieścią (akcja rozgrywa się w nowojorskim Chinatown, z którego rosyjscy gangsterzy próbują przemycić kokainę do powojennego Raszyna...Taki psychologiczny thriller i bawienie się konwencją).


 

Odkąd wyszłam za mąż, nie pracuję i w zasadzie jest to największa różnica którą dostrzegam w swoim obecnym życiu. Kiedy byłam singielką pracowałam,  ale nigdy nie mogłam pogodzić się z tym, że to, co robiłam w pracy nie miało absolutnie żadnego znaczenia w sensie kosmicznym, więc odeszłam i obecnie utrzymuję się z pensji mojego męża (to duże ułatwienie, zwłaszcza, że za 3 lata przejdzie na wcześniejszą emeryturę), a żeby nadal cieszyć się finansową niezależnością wieczorami dodatkowo sprzedaję na internecie sex gadżety.

Zawsze chciałam to robić tylko trudno było mi to pogodzić z pracą na etacie.


Zanim jednak zacznę pisać kolejny rozdział swojej powieści, regularnie o godzinie 10tej dzwoni do mnie Dima, żeby zapytać jak się mam i co mi się śniło. Nie widzimy się rano, więc nie ma możliwości powiedzenia mi komplementu, nad czym głęboko ubolewam, bo bez komplementów po prostu usycham...

 

Kiedy byłam singielką nie miałam innego wyjścia i musiałam nauczyć się żyć bez komplementów, a jakiekolwiek deficyty w tej kwestii były zawsze uzupełniane przez mojego fryzjera. Mimo, że pomiędzy komplementami dochodziło do wymiany gotówki zawsze mu wierzyłam, kiedy mówił, że wyglądam kwitnąco, że chciałby się ze mną przespać, że powinnam dobrze się zastanowić czy na pewno chcę wyjść za Rodżera, czy to jest aby na pewno odpowiedni facet dla mnie, a w ogóle to dlaczego nie przyszłam najpierw do niego, bo on z przyjemnością by się ze mną ożenił i dlaczego znowu mam siano na głowie i czy Rodżer to akceptuje?


Ktoś powiedział kiedyś "uważaj o czym marzysz, bo marzenia się spełniają"... Potwierdzam, że to prawda bo jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć włosy jak lalka Barbie i to marzenie się spełniło, ale chyba nie do końca o taki efekt mi chodziło.

Mam suche włosy z tendencją do falowania, więc kiedy je rozpuszczę wyglądam właśnie jak lalka Barbie, jak Słomiany Jaś, jak Kevin Costner Tańczący z Wilkami, jak Braveheart Waleczne Serce:

 


 

 

 

Brakuje mi tylko konia.


Kiedyś nie przeszkadzało mi to wcale, niestety pewnego ranka, kiedy obudziłam się w łóżku z Dimitrim, on zorientował się, że trzyma w ramionach Słomianego Jasia i zapytał czy nie brakuje mi jakichś witamin, a ja poczułam się szczęśliwa, że mam przy swoim boku takiego uważnego mężczyznę i nie chciałabym przestać mu się podobać, więc teraz wszelkie czasochłonne zabiegi pielęgnacyjne są moim nowym hobby np. ostatnio znalazłam w internecie przepis na zdrowe i lśniące włosy, nazywa się "laminowanie włosów" i polega na tym, że na włosy nakładam odżywkę wymieszaną z żelatyną spożywczą...

Oprócz tego kąpię się też w cukrze, bo cukier doskonale nadaje się do peelingu...

 


Odważyłam się też i zaczęłam gotować, chcąc w ten sposób okazać mojemu mężowi miłość, troskę i staranie.


Kiedyś chciałam ugotować mu risotto, niestety niektóre rzeczy ugotowały się za wcześnie, inne za późno, jedne za bardzo (zapatrzyłam się w okno), inne za mało (mięso), straciłam na to całe przedsięwzięcie 3 godziny, zabrudziłam mnóstwo patelni, garnków i talerzy, a od tego całego gorąca otworzyły mi się pory, więc jak Dimitri przyszedł z pracy wyglądałam jakbym dopiero co wróciła od młocki, a kto jak kto, ale akurat on nie może ryzykować jedzenia niedogotowanego mięsa, ponieważ musi by dyspozycyjny 24 godziny na dobę, więc od tamtej pory stołuje się w koszarach i bardzo to sobie chwali.

 

 

Tak więc po rozmowie z mężem o godzinie 10tej zaczynam pisać swoją powieść, ale niestety za chwilę znowu rozdzwaniają się telefony...Dzwonią klienci z mojego małego biznesu na boku, a ja wiem, że będzie nieprzyjemnie, bo jeśli dzwonią to tylko z pretensjami: że nie działa, że nie pasuje, że mu się nie dopina i że nie do końca tak to miało wyglądać i czy nie mogłabym zaproponować mu czegoś o większej miąższości?

 

 

Wtedy tłumaczę, że ja zamawiam gotowy towar od hurtownika w Jankach i na tym tak naprawdę kończy się moja rola, prowadzę ten sklep dla swojej własnej przyjemności w przerwach między pisaniem powieści, żeby nie żyć tylko w świecie wyimaginowanym, ale dla odmiany skupić się też na czymś bardziej namacalnym i że może jak się pan lekko pochyli, to wtedy się panu domknie? A czy przy okazji nie chciałby pan zamówić sig-sauera P226, to wyjątkowa okazja, w przyszłym tygodniu będzie go można kupić tylko na ebay'u i to po znacznie zawyżonej cenie?


 

Wtedy on grzecznie odmawia i prosi o połączenie z konsultantem...od gadżetów...więc tłumaczę mu na nowo, że narazie nie zatrudniamy konsultantów, że "Pończoszka, strap-on i sex gadżety" to mały sklep internetowy i wcale mi nie zależy na większym obrocie i że jedyną osobą, z którą mogę pana połączyć jest mój mąż, a proszę mi wierzyć na słowo, nie chciałby pan rozmawiać o tym z Dimą, a już na pewno nie z Rodżerem i to powiedziawszy z hukiem rzucam słuchawkę.


Teraz mogę się spodziewać, że zacznie mi to wszystko odsyłać  i żądać zwrotu gotówki, a ja nie mam już nawet gdzie tego mieścić (początkowo cały asortyment trzymałam na desce do prasowania), niedługo będę musiała podnająć chyba jakiś magazyn albo zanieść to wszystko do schowka pod schodami, o ile Dima nie trzyma tam teraz swoich granatników.


Całe szczęście, że mój mąż nie słyszał tej rozmowy, bo gdyby wiedział, że tak się muszę użerać z klientami, na pewno od razu kazałby mi zamknąć ten cały kram, a i tak dobrze, że zgodził się na sex gadżety, bo tak naprawdę chcieliśmy razem z kotem aplikować na stanowisko pracowników cyrku obwoźnego (lubimy się przebierać, lubimy otaczać się żywymi, intensywnymi kolorami i dobrze czujemy się w towarzystwie klaunów), ale nie chciał, żebym często wyjeżdżała, poza tym moje przepukliny automatycznie dyskwalifikują mnie ze stanowiska kobiety gumy, a żadne inne nie jest tak naprawdę na miarę moich ambicji.


 

Oprócz gotowania postanowiłam też, że w końcu nauczę się prowadzić samochód (!!!). Wiem, że faceci uwielbiają kobiety, które dobrze prowadzą i na randkach prędzej czy później zawsze padało to pytanie: "a czy Ty masz prawo jazdy?" (całe szczęście, że nie muszę już chodzić na randki, moja siostra do dziś uważa, że tak długo byłam singielką, bo sabotowałam wszystkie randki, które mi zorganizowała, rozmawiając na nich o śmierci, o swoim podwyższonym cholesterolu, o tym, że lubię deszcz i nie lubię kiedy mi ginie długopis) tak więc zawsze odpowiadałam zgodnie z prawdą, że niestety nie prowadzę, że nie czuję się na siłach, że żeby prowadzić trzeba mieć jednak silne poczucie rzeczywistości, ale na szczęście mam drewnianego kota, który jest na tyle szarmancki, że zawsze jak chodzimy razem na imprezy to ja mogę pić i bawić się do woli, bo on zawsze wcześniej zaznacza, że będzie prowadził...


Wiem też, że wśród członków mojej rodziny krąży lista, na którą można się wpisać i figurować na niej jako osoba, która nigdy nie wsiądzie do samochodu, który ja będę prowadzić...Ostatnio mówiłam mojemu siostrzeńcowi, że jak ciocia zrobi prawko to będziemy razem jeździć na wycieczki "hen, hen daleko", ale nasze plany od razu popsuła moja siostra, która wyraźnie zaznaczyła, że w życiu nie da mi swojego dziecka do samochodu, chyba że po okresie próbnym (2 lata wożenia w foteliku ogromnego misia z zainstalowaną na jego głowie kamerką).


Podjęłam już pewne kroki w kierunku zrobienia prawa jazdy, a mianowicie kupiłam sobie brelok do kluczy:

 

 

Zdecydowałam też, że mój samochód będzie koloru żółtego.


Jeszcze nie wiem dokładnie jakiej marki, bo słabo się znam na samochodach, ale bardzo podoba mi się taki:

 

 

 

 

Trzecim krokiem jest ćwiczenie wspomnianej już przeze mnie techniki różowego balonika, polega to na tym, że po prostu prowadzę ten samochód w myślach...mijam pola, łąki, lasy, a kiedy wjeżdżam w teren zabudowany zawsze zwalniam, żeby móc sobie spokojnie pooglądać wiszące w oknach firanki...


Wieczorami gramy z Dimą w gry planszowe, a kiedy go nie ma, robię mu na drutach kominiarki.

 

09:24, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 września 2013

 

 

 

Sprzedam suknię ślubną typu "princessa", z 2-metrowym trenem, bogato zdobioną, niezniszczoną, używaną tylko raz.

 


poniedziałek, 23 września 2013

 

 

 

Ślub księżniczki Monic i Rodżera

(backstage)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ostatnie chwile na wolności...torebka od Louis Vuitton:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

\

 

 \

\

 

 

 

\

 

 

 

\

 

 

 

 

 

\

 

 

 

\

 

 

 

 

 

 

ja i Duszek Kacperek:

 

 

 

Charlie's Angels

\

 

 

 

 

 

 

\

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 16 września 2013

 

 

Jak przyciągnąć odpowiedniego partnera?


 

Po tekście zatytułowanym "Jak zmusić mężczyznę do małżeństwa", który ukazał się rok temu dostałam bardzo dużo emaili od rozżalonych czytelniczek: "nie mam nawet kogo zmuszać", "jestem stadium niżej w rozwoju", "gdzie znajdę potencjalnego kandydata"?


W dzisiejszym wpisie przedstawię technikę, dzięki której uda się wam przyciągnąć wymarzonego partnera i prawdziwą miłość, a odległe marzenie o byciu Panną Młodą wkrótce stanie się rzeczywistością.


Technika ta pochodzi z książki Shakti Gawain pt. "Twórcza wizualizacja" i wygląda następująco:

 

 

Technika Różowego Balonika

 

 

"Wyobraź sobie coś, co chciałabyś żeby się zmaterializowało, a następnie zobacz to jako już urzeczywistnione. Ukształtuj mentalny obraz tej sytuacji jak najwyraźniej.

 

Teraz oczami umysłu otocz swoją wyobraźnię różowym balonikiem. Różowy jest kolorem związanym z sercem, dlatego też, jeśli wibracja takiego koloru otacza przedmiot twojej wizualizacji, uzyskane rezultaty będą doskonale harmonizować z twoją istotą. 


Trzecim krokiem jest wysłanie balonika w przestrzeń i wyobrażenie sobie, że unosi się we wszechświecie, z twoją wizją umieszczoną w środku.


Jest to symbol, że pozwalasz sprawom toczyć się ich własnym biegiem. Teraz balonik swobodnie płynie po całym wszechświecie, przyciąga do siebie energię, gromadzi ją w sobie, tak by wyposażyć wizję w moc urzeczywistnienia się. Nie musisz robić już nic więcej".

 

 (S. Gawain, Twórcza Wizualizacja, Warszawa, 1996, s.90)


 

Korzystając z okazji gorąco zachęcam wszystkich czytelników, do wykonania tego ćwiczenia razem ze mną:


Wyobraź sobie coś, co chciałabyś, żeby się zmaterializowało...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Już teraz w imieniu swoim i mojego męża Rodżera, pragnę gorąco podziękować wszystkim, dzięki którym ten wyjątkowy, niepowtarzalny dzień był dla nas taki udany i radosny:


 

Zdjęcia: Tomek I, Tomek II, Anka, Rafał

Dekoracje: Duża Czarna Papierowa Dekoracja: Zosia i Tomek I, łabędzie: Kasia, serce: Zosia, bukiet ślubny: Zosia, Kasia i Psotny Wiatr

Opieka nad inwentarzem: Kasia i Mariusz

Pomoc na planie zdjęciowym: Karolina, Kasia i Anka

Dodatki do sukni: Martyna

Hairstyle: Maestro

Make-up: Maestro, Natasza

Zakontraktowany kierowca (który nie chciał robić nic poza tym): Dawid

 

Na samym końcu największe podziękowanie dla mojej babci, która potrafiła przekuć moje myśli w czyn i pomogła mi uszyć kostium dla Kota, co wymagało nie tylko fizycznej pracy, ale również opulentnej dozy abstrakcyjnego myślenia, na które nie każdy potrafi się zdobyć, a ona to zrobiła, mimo, że z pewnością nie tak wyobrażała sobie mój ślub...


Dodatkowo chcę podziękować całej mojej rodzinie za to, że przyjęła i zaakceptowała Rodżera takim, jaki jest i nigdy nie dała mu odczuć, że nie jest w naszym domu mile widziany.

 

Początkowo co poniektórzy byli sceptyczni i twierdzili, że Rodżer jest dla mnie za "sztywny", co oczywiście jest nieprawdą, bo Rodżer jest trochę "ścichapęk" i dużo zyskuje przy bliższym poznaniu. Wyszłam za niego mając oczy otwarte i oboje bierzemy pełną odpowiedzialność za związek, który zapoczątkowaliśmy.


Dziś wiem, że warto było tak długo czekać na takiego mężczyznę jak on, bo Rodżer i ja wydajemy się wprost stworzeni dla siebie nawzajem, od samego początku byliśmy sobą oczarowani, mamy we wszystkim jedno zdanie i zawsze myślimy tak samo. Po prostu nadajemy na tych samych falach, co jest bardzo ważne, szczególnie dla mnie, bo często czuję się jakbym była bardzo daleko od głównego nadajnika.

 

Wreszcie spotkałam mężczyznę, z którym mogę się nagadać do syta, nie przeszkadza mu też wcale, że najwięcej tematów do rozmowy przychodzi mi do głowy, kiedy jeździmy razem na rowerach i że właśnie wtedy "buzia mi się po prostu nie zamyka" choć przeszkadzało to innym i nie do końca tak to ujmowali.


Rodżer potrafi mnie wysłuchać, na wszystko się zgadza i nie wzdragam się powiedzieć, że mimo, iż jesteśmy małżeństwem od zaledwie 2 tygodni, już zauważam, że małżeństwo bardzo dodatnio wpływa na moją gospodarkę libidalną...

 

19:54, psotny_wiatr , showtime
Link Komentarze (11) »

 

 

 

 

 

Poszukuję mężczyzny, na którego będzie pasował ten pantofelek.

Chętnych do przymiarki zapraszam do kontaktu.

Więcej informacji już wkrótce.

 

 

12:49, psotny_wiatr , ogłoszenia drobne
Link
piątek, 13 września 2013

 

 

 

 

Oto najmłodsza czytelniczka bloga - Pola, dumająca nad jedną z moich ostatnich notek.


O ile mi wiadomo, jeszcze nie  komentuje, a bardzo szkoda, nie mogę się już doczekać kiedy zacznie i podzieli się z nami swoim świeżym spojrzeniem na przynajmniej niektóre z poruszanych na blogu kwestii.


Jak widać, tak jak jej ciocia, cierpi na chlorozę (choroba, która zazwyczaj dotyka liście -wskutek zaniku chlorofilu rozpadają się chloroplasty i liście tracą swój naturalny kolor - u kobiet chloroza objawia się charakterystyczną bladością i znacznie podwyższoną męczliwością, dlatego zalecane są długie okresy wypoczynku i praca nad oddechem w pozycji leżącej najlepiej na miękko wyściełanej otomanie).

 

 

Dwa miesiące temu Pola hucznie obchodziła swoje pierwsze urodziny:


 

 

 

W sumie tego wieczoru świeczka była zdmuchiwana 3 razy: najpierw przez Polę, potem przez jej dwuipółrocznego kuzyna, a potem przez ich 30-letnią ciocię, która bardzo chciała to zrobić w ramach regularnych ćwiczeń zabawiania swojego Wewnętrznego Dziecka.

 

W czasie przyjęcia serwowano dania gorące i "na zimno".

Niemałe poruszenie nastąpiło w momencie, kiedy na stole pojawiła się kaszanka, zjedzenia której kategorycznie odmówiła 30-letnia ciocia, twierdząc, że nie wyobraża sobie, że mogłaby teraz zjeść kaszankę, a potem ćwiczyć osiąganie stanu Shikantaza (bycie pełną jaźnią) co miała zaplanowane na dalszą część wieczoru.

 

 

Drogiej Jubilatce w imieniu swoim, Kota i wszystkich czytelników życzę wszystkiego najlepszego.

 

 

p.s. mój blog jest jeszcze całkowicie nieznany (35 fanów na facebook'u), więc jeśli jestem gdzieś zapraszana mam spore szanse siedzieć przy stole totalnie incognito, jednak w tym wypadku nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ciągle słyszę poszepty:

 

 

"to ta od tego drewnianego kota", "drewnianego? myślałem, że on jest ze szmaty", "ze szmaty ma tylko łeb..."


 

17:21, psotny_wiatr , notka z dedykacją
Link
środa, 11 września 2013

 

 

Jakieś pół roku temu moja siostra stręczycielka poprosiła mnie, abym pod jej nieobecność zaopiekowała się jej dzieckiem, dla którego jestem ciocią, a który dla mnie jest siostrzeńcem.

 

Bardzo mi zależało na tym, aby wypaść wzorowo w roli cioci i wykorzystując najlepsze cechy swojej neurotycznej osobowości zapewnić mu dobrą i serdeczną opiekę w nauce i zabawie.

 

Tak jak przypuszczaliśmy większość danego nam czasu po prostu przespał, co nie znaczy, że miałam wtedy czas dla siebie, ponieważ średnio co 3 minuty sprawdzałam czy wszystko jest w porządku i czy oddycha (możemy to sprawdzić przykładając do ust dziecka lusterko, kartkę papieru lub piórko).


Innym powodem do ciągłego niepokoju był fakt, że nigdy wcześniej nie zmieniałam pieluchy...


Zrobienie kupy to jak na razie jedyny obowiązek jaki widnieje w jego grafiku i jak pokazuje życie nawet z tym nie zawsze się wyrabia (poprzedniego dnia nie wyrobił się), tak więc realna groźba, że nastąpi to akurat tego dnia zatruwała mi chwile szczęścia wisząc nade mną niczym miecz Damoklesa.


Ażeby mnie przed tym uchronić, moja siostra z samego rana uraczyła bobasa gruszkami ze słoiczka, które miały zaingerować w naturalny porządek rzeczy i przyspieszyć bieg wydarzeń, jednak tak się nie stało, oczekiwana przesyłka miała więc być podwójna i płynna.


Kiedy się przebudził po popołudniowej drzemce, oglądaliśmy razem filmiki na you tube.

Na chwilę obecną mój siostrzeniec jest jedynym mężczyzną w moim życiu, któremu pozwoliłam zagarnąć tak dużo z mojego pilnie strzeżonego "my space".

 

Dlatego na mojej playliście na you tube widnieją takie pozycje jak:

 

- traktor przewożący kamień

- pożar lawety Piórków 12.12.12.

- Świnka Pepa

- Ciekawski George

- Pies Marta

 

Dodatkowo obejrzeliśmy już chyba wszystkie filmiki ze strażą pożarną, śmieciarką, betoniarką, walcem, koparką, kiprem, wywrotką i pługopiaskarką.


Poza tym, nigdy bym nie pomyślała, że token do banku doskonale sprawdzi się również jako gryzak...

Nie przeszkadza mi wcale, że wyjada moje jogurty, bo przecież dziecko ciągle rośnie i potrzebuje wapnia.

Kiedyś kupiłam sobie piękne, laminowane karty z mądrymi sentencjami, żeby je sobie powtarzać w czasie medytacji, niedługo potem zauważam, że ktoś zatopił w nich swoje ząbki, a jeśli ząbki ma się cztery w rozstawie dwa na górze, dwa na dole, nietrudno wskazać sprawcę.

W kącie pokoju znajduję stosik swoich ołówków...połamanych na pół...

Biorę swoje pędzle do makijażu i widzę, że są wyciapane jakimś granatowym cieniem z dodatkiem brokatu, zresztą za upaćkane pędzle mogę mieć pretensje tylko do siebie, bo sama mu je pokazałam, uczyłam go jak je odróżniać i którym się nakłada puder, a którym róż, a potem ćwiczyliśmy robienie makijażu na lalce Zuzi, co wcale nie było łatwe, bo Zuzia ma opadającą powiekę, a jak wiadomo umalowanie opadającej powieki wymaga szczególnych umiejętności.


Niestety przyłapał nas na tym jego tata i się wściekł, po czym w trybie natychmiastowym wprowadził embargo na:

 

- nauki makijażu

- przymierzanie moich pierścionków

- oglądanie bajek z Barbie i różowymi konikami pony

- pokazywanie mu mojego kota Dzidka do czasu kiedy będzie pełnoletni i będzie w stanie to zrozumieć albo przynajmniej postara się zrozumieć

- czytanie mu bajek z epoki wiktoriańskiej ("Piotruś Rozczochraniec" Heinricha Hoffmanna)

 

 

np. o Juleczku, któremu mama zabroniła ssać palec, a kiedy wyszła po ciasteczka, on wbrew zakazowi:


 

"myk do buzi duży palec!

Wtem ktoś z trzaskiem drzwi otwiera,

Wpada krawiec jak pantera,

Nożycami w lewo, w prawo

Uciął palec jeden, drugi,

Aż krew poszła we dwie strugi."

 

 

albo o Michałku, który nie chciał jeść zupy:


 

"W czwartym dniu Michaś wychudł jak nitka,

W piątym coś w piersiach i gardle dusi,

Kto nie je zupy, ten umrzeć musi.

Tak też z Michasiem: był zdrów i tłusty,

Pięć dni grymasił, umarł na szósty."

 

 

Tak więc tego dnia mieliśmy już troszkę okrojone opcje, ale i tak daliśmy sobie świetnie radę i bawiliśmy się wyśmienicie do momentu, w którym poczułam unoszący się w powietrzu specyficzny swąd. Słowo stało się ciałem.

 

Tak jak suseł wyczuwający zbliżające się niebezpieczeństwo zamarłam w pozycji wyprostowanej - stanęłam tzw. "słupkiem" i w momencie wiedziałam, że (tak jak z psami) przede wszystkim nie mogę okazywać strachu, dodatkowo uruchomił się we mnie jakiś inny behawior obronny, bo moje receptory przestały cokolwiek rejestrować, nic nie czułam, nic nie słyszałam, kontury rozmyły się, a ja powoli i automatycznie wykonywałam serię ruchów...


Tak jakby z oddali słyszałam tylko swój głos, który starał się zająć jego uwagę i komentował coś, co akurat leciało w telewizji, żeby nie wymachiwał w powietrzu rączkami i nie zbliżał ich do strefy Ground Zero.


253 nawilżone chusteczki później stwierdziłam, że nie ma szans, żebyśmy obeszli się bez szlauchu, dlatego zaniosłam go do wanny ciągle mu coś opowiadając i próbując go uspokoić, żeby tylko nie wpadł w panikę i nie zaczął płakać i wrzaskać, bo wtedy ja najprawdopodobniej zrobiłabym to samo.

 

Potem siostra pytała się: "jak było? Nic? Musiałaś przecież coś widzieć, czuć. Nie wymagam zbyt wiele: kolor i konsystencja, tylko to mnie interesuje. Nie mogłaś przecież nie zauważyć...Przypomnij sobie...".


I wtedy jak przez mgłę zaczęły powracać do mnie te wszystkie obrazy i "owszem" - powiedziałam, "widziałam zieleń, widziałam brąz, widziałam nawet złoto".

 

 

23:06, psotny_wiatr , notka z dedykacją
Link
wtorek, 10 września 2013

 

 

Stręczycielka

 

 

W nawiązaniu do wczorajszego tekstu o zębach, chorobach ciała i zaręczynowym pierścionku dzisiaj napiszę parę słów o mojej siostrze, która jest już mężatką i ma już prawie 3letnie dziecko i to właśnie ona, najbardziej ze wszystkich nie pozwala mi zapomnieć, że jestem singielką, a przecież wcale nie musi tak być i dobrze by było gdyby jej dziecko miało się z kim bawić, a właśnie ja jestem następna w kolejności itd.


Dlatego też jeśli w jej życiu zawodowym czy prywatnym pojawi się jakiś miły i przystojny mężczyzna, który przypadkiem jest wolny i nieważne czy ten mężczyzna jest policjantem, ochroniarzem, nauczycielem informatyki czy po prostu spisuje stan jej wodomierzy, ona nigdy nie przepuści okazji, by skierować jego uwagę na moją skromną osobę, a jeśli tak się składa, że mężczyzna taki potrafi pisać i czytać, pokazuje mu również najlepsze fragmenty bloga.

 

Wyobraźmy więc sobie taką scenkę rodzajową, która zdarzyła się naprawdę w maju zeszłego roku.

 

Odczuwając silny ból kręgosłupa idę do lekarza, który zleca wykonanie Rentgena, a że zdjęcia nic nie pokazują każe mi zrobić badanie rezonansem magnetycznym.


Udaję się więc na badanie, leżę plackiem w samej bieliźnie, pan operator zakłada mi słuchawki na uszy, żeby zniwelować hałas, a mały, okrągły statek kosmiczny krąży nade mną przygotowując się do lądowania na moim brzuchu.


Potem ubieram się i z duszą na ramieniu czekam ok. 15 minut na opisanie badania.


4 pacierze później dostaję opis, płacę i z gracją opuszczam klinikę, po czym udaję się na winkiel, siadam na murku, gdzie nikt mnie nie widzi i mówię sobie, że cokolwiek jest tam napisane, wszystko będzie dobrze i jakoś się ułoży. Mam szczęście, że dożyłam swoich 29 lat, a jeszcze większe szczęście, że w ogóle przyszłam na świat... "Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają" itd.

 

Wreszcie zdobywam się na odwagę, wyjmuję opis badania z koperty i czytam:

 

 

Uwypuklina krążka międzykręgowego na poziomie L2/L3.

Uwypuklina krążka międzykręgowego na poziomie L3/L4.

Uwypuklina krążka międzykręgowego na poziomie L4/L5.

Uwypuklina krążka międzykręgowego na poziomie L5/S1.

 

 

Czy to możliwe, żeby w takim gabinecie i przy opisie takiego badania zacięła się im drukarka?- myślę sobie.

 

 Czytam dalej, a potem widzę to:

 

Guzki Schmorla na poziomach L2/L3, L3/L4.

 

Jest to naukowa nazwa moich przepuklin, ale wtedy oczywiście jeszcze tego nie wiedziałam, więc w momencie uświadomiłam sobie, że umieram i rzeczywiście schodzę ze sceny, prawdę mówiąc podświadomie czułam to już od dawna, a teraz wreszcie mam to na piśmie.

Guzki i 4 uwypukliny...zastanawiam się czy to nie cud, że ja w ogóle jeszcze chodzę? Może powinnam zawiadomić Watykan? I kim w ogóle był Schmorl? Czy to przypadkiem nie on wynalazł wózek inwalidzki?


Wyjmuję telefon i wpisuję w wyszukiwarkę "guzki Schmorla forum" czując, że za chwilę wybuchnę płaczem i będę tam siedzieć i beczeć jak koza...Wynik powoli ładuje się, ale nagle dzwoni do mnie moja siostra, a ja w momencie odczuwam ogromną ulgę, bo jej to wszystko opowiem, bo mi zaraz powie, że opisy zawsze wyglądają groźnie i trzeba poczekać co powie lekarz i żebym tylko nie wchodziła na żadne fora w internecie...

 

Odbieram więc i oto co słyszę:

 

"słuchaj, jest tutaj taki facet i mówi, że nie ma z kim iść na wesele, mi się nie podoba, ale może być w twoim typie. poszłabyś?"


 

p.s.

ostatnia randka, na którą poszłam z jej znajomym z pracy zakończyła się 3 spotkaniami, po czym on bez słowa wyjaśnienia przestał do mnie dzwonić i pisać smsy...Naprawdę nie wiedziałam w którym momencie popełniłam błąd. Dopiero miesiąc później dowiedziałam się (od mojej siostry), że on jednak szuka ŻONY...co moja siostra dodatkowo skwitowała:


"jeśli chcesz poznać normalnego i odpowiedzialnego mężczyznę i nie umrzeć starą panną, będziesz musiała nad sobą jednak jeszcze trochę popracować".


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15