stat4u
wtorek, 06 listopada 2012

 

 

 

Poznajcie moją nową przyjaciółkę Fifi

 

środa, 31 października 2012

 

 

Ażeby się odstresować bardzo lubię zażywać kąpieli. Dziś wieczorem leżałam w wannie, w pustym mieszkaniu, kiedy nagle ni z tego, ni z owego rozległa się skądś muzyka: "Skyfall" Adele.


Słyszałam ją bardzo wyraźnie, w momencie uświadomiłam sobie więc, że nie dochodzi ani z piętra wyżej, ani z piętra niżej tylko prosto z mojego mieszkania...w którym nikogo nie ma, w którym telewizor jest wyłączony, tym bardziej radio.


Zamarłam i poczułam się jakby koń kopnął mnie w brzuch, ponieważ byłam pewna, że w mieszkaniu jest włamywacz i najwyraźniej zapomniał wyłączyć swojej komórki, co za ciapa, teraz już nie ma wyjścia, teraz musi mnie albo zastrzelić albo utopić,a ja jestem sama i nie mam się czym bronić...


Powoli osiągałam już fazę migotania przedsionków, jednak co ciekawe Adele nadal nie przestawała śpiewać...Po chwili  jednak moja ciekawość wzięła górę i stwierdziłam, że uchylę tylko lekko drzwi i zobaczę co się dzieje...Najwyżej pobiegnę w ręczniku do drzwi i może w locie mnie nie zastrzeli...


Okazało się, że kwiat polskiej młodzieży zebrał się na moim piętrze, pod moimi drzwiami i najwidoczniej puszczali sobie muzykę z komórek...


Także może nie za bardzo mnie ta kąpiel odstresowała, ale w głębi serca czuję się jak nowonarodzona, ponieważ dostałam od życia jeszcze jedną szansę i na pewno jej nie zmarnuję...


niedziela, 21 października 2012

                                          

 

Jak nie sprzedawać mi firanek

 

 

Zapragnęłam sobie kupić piękne firanki, znalazłam więc na internecie odpowiedni sklep, niestety na drugim końcu miasta, tam gdzie teren umiarkowany przeradza się już w step (Bródno), ale bogaty asortyment wydawał mi się wart takiej podróży.

Spakowałam więc termos, kanapki, 300 krzyżówek panoramicznych i ciepłe koce i wyruszyłam w drogę.


Już w drzwiach sklepu przywitała mnie piękna firana: jestem pewna, że takiej nie miała nawet Królewna Śnieżka: haftowana i bogato zdobiona z dodatkiem gipiury. Kosztowała jednak 180 zł, stwierdziłam, że to zdecydowanie za drogo, zwłaszcza, że potrzebowałam 2 sztuk. Zaczęłam więc szukać dalej, w sumie buszowałam w tych firanach jakieś dobre pół godziny, zanim natrafiłam na taką, która mi się podobała i nie była zbyt droga: 25zł za metr.


Podeszłam więc do kasy i mówię panu, że potrzebuję 1.70 m długości na 3 m szerokości, a to wszystko razy 2, czyli 2 firanki. W myślach pomnożyłam sobie 2 m x 25zł, więc wyszło mi około 50zł za jedną.

 

 

Pan wszystko sobie zanotował, po czym zaczął stukać w olbrzymi kalkulator i w końcu mówi do mnie: 360 zł.


Lekko mnie to zaszokowało, zwłaszcza, że 180zł to kosztowała ta dla Królewny Śnieżki, a moja niestety była skromniejsza i bez gipiury, więc coś się tutaj ewidentnie nie zgadzało...

 

 

- Czy na pewno dobrze pan policzył? Potrzebuję 1.70 m x 3m i to wszystko 2 razy, czyli 2 firanki.

- A jak długi ma pani karnisz?

- Nie wiem jak długi mam karnisz. Potrzebuję 2 firanki 1.70 m na 3m każda.

- Acha, myślałem, że ma pani na myśli karnisz, więc pomnożyłem na 6m, żeby były odpowiednio gęste...


" 1.70m na 3 m potrzebuję" powiedziałam po raz kolejny, a w myślach zaczęłam mu śpiewać: "O mnie się nie martw, o mnie się nie martw, ja sobie radę dam" odnośnie tej gęstości...


Zaczął więc stukać znowu, liczy, liczy i mówi mi: 250 zł łącznie z wycięciem 15 zł.


 

Okazało się, że pan liczył mi za metr kwadratowy, tak jakbym kupowała od niego las.

Powiedziałam mu więc, że w takim razie to ja podziękuję i poszłam sobie.

 

A teraz tak bardzo żałuję, że nie walnęłam pięścią w stół, nie złapałam go obiema rękami za koszulę i nie zaczęłam na niego krzyczeć:

 


"Do I look like a bitch? Do I look like a bitch? Then why'd you try to fuck me like a bitch?"

   

 

 

 

 

 

 

22:37, psotny_wiatr , savoir vivre
Link Komentarze (7) »
czwartek, 18 października 2012

 

Jak rozładować lęk towarzyszący wypełnianiu

deklaracji VAT-7K*?

 

 

*formularz do rozliczenia podatku od towarów i usług za okres kwartalny

 

 

1. Zlecamy wypełnienie deklaracji księgowemu. Ceną za uzyskany w ten sposób święty spokój jest brak szacunku do samego siebie, ponieważ wycofaliśmy się z pola walki obwieszczając totalny désintéressement  (wym. dezęteresmã).


Jeśli jednak podejmujemy rękawicę:


1. Odświeżamy sobie definicję słowa "kwartał". (Słowo to oznacza "3 miesiące" co nie jest takie oczywiste, ponieważ wywodzi się od słowa "łac. quartalis", które znaczy "ćwierć").


2. W telefonie ustawiamy "przypomnienie" na początku każdego miesiąca w którym musimy złożyć deklarację (kwiecień, lipiec, październik, styczeń). W praktyce jest to jednak całkowicie zbyteczne, ponieważ lęk przed niewysłaniem deklaracji jest tak silny, iż czai się gdzieś z tyłu głowy przez cały Boży rok.


3. Kiedy nadejdzie miesiąc w którym musimy złożyć deklarację, całe przedsięwzięcie dzielimy na klika małych zadań, które następnie rozkładamy na kilka dni, a może nawet tygodni (zależy jak chwiejna jest struktura psychiczna jednostki).


Mimo, iż wypełnienie i włożenie deklaracji do koperty zajmuje góra 15 minut jest to zadanie zbyt przerażające, ażeby wykonać je od razu. Istnieje więc realne ryzyko, że będziemy je przekładać w nieskończoność.


Idąc za radą Sun Zi: "Kto chce rozplątać namotane i powikłane, nie chwyta całego kłębka" ("Sztuka wojenna" 23,19) opracowałam więc taką oto metodę 12 kroków:

 

1. Sięgam po segregator, na którym wołowymi literami napisałam "Księgowość" i wyjmuję kopię deklaracji za poprzedni kwartał, którą wypełniłam i wysłałam bezbłędnie, o czym najlepiej świadczy fakt, iż nie siedzę jeszcze w więzieniu.


2. Kładę ową deklarację-matkę w centralnym, dobrze oświetlonym miejscu. Teraz jest to moja busola, która będzie mnie prowadzić wprost do celu i dzięki której nie poddam się wabiącym mnie ze wszystkich stron syrenim śpiewom.


3. Szukam długopisu, który pisze.


4. Zastanawiam się dlaczego mając prawie 30 lat nie posiadam jeszcze porządnego długopisu (zdałam maturę i dostałam się na studia, co roku obchodzę urodziny i nigdy nie dostałam w prezencie długopisu z prawdziwego zdarzenia, dodatkowo jestem przecież blogerką, może nie piszę bloga długopisem, ale mam tutaj na myśli wymiar symboliczny).


5. Drukuję czysty, niewypełniony formularz VAT-7K.


6. Najpierw wypełniam długopisem te pola, w których wymagane informacje nie zmieniły się: NIP, adres, regon, imię i nazwisko (dwa razy upewniam się czy nie wpisałam Kimbo Slice).

 

7. Następnie przechodzę do głównej części programu, jaką jest wyliczenie "podstawy opodatkowania w zł".


8. Ponownie sięgam do segregatora z napisem "Księgowość" i wyjmuję wszystkie faktury z rzeczonego kwartału.


9. Sumuję kwoty na fakturach ok. 50 razy, aby upewnić się czy się nie pomyliłam.


10. W odpowiednią rubrykę wpisuję wyliczony przychód i odsuwam od siebie wszelkie rozważania natury filozoficznej z nim związane.


11. Wpisuję datę, składam podpis i wkładam wszystko do koperty.


12. Przed zaklejeniem koperty i napisaniem adresu Urzędu Skarbowego upewniam się kilka razy, że w środku jest deklaracja VAT-7K, a nie np. przepis na warzywną frittatę.

 

 

00:10, psotny_wiatr , lęki i fobie
Link Komentarze (3) »

 

 

 

 

Moje alter ego.

("Życie to schody, nie rewia mody" Tede Airmax Classic)


00:08, psotny_wiatr
Link Komentarze (5) »
środa, 17 października 2012

 

" You had me at hello"

 

 

Wcisnęłam guzik i po chwili zjawiła się winda, jednak zamiast do góry na 6 piętro, zjechała najpierw na -1. Wszedł mężczyzna. Starszy. Po chwili zorientowałam się, że chyba powiedział do mnie "dzień dobry", ale nie dałabym sobie ręki uciąć. Tak czy owak, nie odpowiedziałam.


Wjeżdzamy. 1 piętro, 2 piętro, 3 piętro. Powiedział czy nie powiedział? A jeśli powiedział, dlaczego mu nie odpowiedziałam? Przecież "dzień dobry" przychodzi raczej automatycznie. Musiałam się zamyślić. O czym to ja myślałam? Acha, czy znowu tylko ja będę spóźniona i czy wszyscy zauważą, że na twarzy jestem zziajana jak pies. Mimo wszystko powinnam była go usłyszeć. Jego "dzień dobry" powinno było z hukiem wedrzeć się do moich myśli.


A może nic nie powiedział, tylko wyobraziłam sobie, że powiedział, bo tak wypada. Nie mógł przecież wejść do windy i nie powiedzieć "dzień dobry". Wygląda na całkiem normalnego. Dobra. Powiedział mi "dzień dobry", a ja po prostu nie odpowiedziałam. Trudno. Czasu cofnąć  się nie da. Przyjmijmy, że jestem głuchoniema. Od urodzenia. Czemu ta winda tak wolno jedzie? Jestem zażenowana, jestem zażenowana, jestem zażenowana.


Wjeżdżamy na 6 piętro, a pan przemówił dobrodusznym tonem:

- Przepraszam, ale czy jak wszedłem to powiedziałem pani "dzień dobry"?

- No właśnie się nad tym zastanawiam.

- Przepraszam, ale jakiś taki zamyślony dzisiaj jestem...


Uśmialiśmy się i nawet pożyczyliśmy sobie "miłego dnia".

A jednak szkoda, że ta historia nie przerodziła się w coś więcej. Szkoda, że nie był piękny i młody i w związku z zaistniałą sytuacją nie powiedział:


- To niesamowite. Tak sobie myślę, że to początek pięknej przyjaźni. Ze wszystkich wind we wszystkich miastach na całym świecie pani musiała wejść do mojej. Teraz musi mi pani o sobie opowiedzieć. Chcę wiedzieć o pani wszystko...

 

12:14, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (6) »
piątek, 05 października 2012

 

Drogi Psotny Wietrze,


Piszę do Ciebie z prośbą o poradę,  ponieważ sama już nie wiem, co jest, a co nie jest normalne.

Byłam ostatnio na randce z bardzo interesującym mężczyzną. Najpierw zjedliśmy, a potem poszliśmy na romantyczny spacer po parku. Wszystko było w idealnym porządku, dopóki nie usiedliśmy na ławce, ponieważ kiedy tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy, nagle przelatujący nad nami ptak "załatwił się" na jego głowę. Szczęście w nieszczęściu że nie padło na mnie, bo chyba bym tam UMARŁA. Ale do czego zmierzam psotny wietrze. Oczywiście w tym momencie uważałam naszą schadzkę za skończoną, on jednakże podszedł do pobliskiej fontanny, namoczył chusteczkę, wytarł się i w takim stanie miał zamiar kontynuować jak gdyby nigdy nic. Byłam zaszokowana.

 

Może i jestem sterylna aż do przesady, ale nigdy nie uważałam tego za swoją wadę i po prostu nie mogłam patrzeć mu w oczy i udawać, że "tego" już tam nie ma. Znajomi mówią, że jestem zbyt "analna", ale naprawdę nie było szans, żebym mogła skupić się na rozmowie, ponieważ nie mogłam przestać myśleć o jego włosach i zachodzącej w nich entropii.

 

Jola

 

 

 

Droga Jolu,


Opowiedziana przez Ciebie historia pokazuje, że feminizacja współczesnego mężczyzny nie posunęła się jeszcze tak daleko, jak to się co poniektórym wydaje.


Myślę, że wiele kobiet w skrytości serca marzy o mężczyźnie dzikim, którego cechowałaby żywotność, przyziemność czy nawet pewne nieokrzesanie, który potrafiłby rozpalić ognisko w deszczu i dobyć broni szybciej niż przeciwnik. Sęk w tym, że bycie w związku z kobietą w czasach współczesnych wymaga od takiego mężczyzny również pewnej dozy ucywilizowania i niestety, nie każdy z nich jest w stanie to unieść.


Oczywiście są szanse na to, że pod wpływem długotrwałego wychowu udałoby się wykorzenić  jego negatywne tendencje, ale po pierwsze tkwią one bardzo głęboko (owe instynkty i popędy wykształciły się przecież w naszych przodkach, kiedy walczyli na afrykańskich sawannach), po drugie niektórzy mężczyźni wykazują upartą wręcz dążność do powrotu do swojej dzikiej i nieposkromionej natury.


Darwin nazywa to zjawisko rewersją i opisuje je na przykładzie kapusty:


"jeżeliby udało się zaaklimatyzować lub uprawiać na bardzo ubogiej glebie przez kilka pokoleń rozmaite odmiany na przykład kapusty, powróci ona do większości lub też do wszystkich cech dzikiej formy pierwotnej"

("O powstawaniu gatunków" Warszawa 2009, Wydanie III, st.27).

 

piątek, 28 września 2012

 

Jak dobrze dobrać partnera?

 

 

 

"Znaj wroga i znaj siebie, a choćbyś stoczył sto bitew, nic ci nie grozi". (Sun Zi "Sztuka wojenna" 43,31)



Upewnij się, że twoja nerwica jest w pełni kompatybilna z jego nerwicą. (Karen Horney "Nerwica, a rozwój człowieka".)



donne e buoi del paese tuoi (z wł. "kobiety i bydło tylko z własnej wsi")


 ↓


"Rozważ za i przeciw, a potem ruszaj". (Sun Zi 73,15)



"Rozchodzi się jednak o to, żeby plusy nie przesłoniły wam minusów".



"Kiedy ustępujesz mu liczbą, umiej się wycofać". (Sun Zi 39, 16)



"Kiedy jeździec i koń lubią się wzajemnie, są zdatni do użytku." (Sun Zi, 152, 4)

 

 


sobota, 08 września 2012

 

 

 

Sotto voce (z włos. "półgłosem, z cicha"),

czyli autowywiad.

 

 

Dziękuję, że zgodziłaś się spotkać, szczególnie, że jak rozumiem, jest to Twój pierwszy wywiad?

Tak. Cała przyjemność po mojej stronie.

 

 

Blog powoli staje się coraz popularniejszy. Widziałam, że zrobiłaś nawet swój fanpage na facebook'u.


Tak, to prawda. Bardzo się cieszę, bo mam już 31 fanów, a przez dłuższy czas było ich tylko 5 (wliczając mnie). Często sobie myślę: gdyby w tym momencie do mojego pokoju weszło nagle 30 osób, byłby to przecież tłum!

Jest to też ostatnia rzecz o której myślę przed zaśnięciem, a kiedy budzę się rano czuję, że jestem w dobrym nastroju. Oczywiście potrzebuję czasu, żeby uświadomić sobie co jest przyczyną tego cudownego stanu, ale już po chwili z obrzeży mojej świadomości dociera do mnie ta radosna prawda: mam 31 fanów na facebook'u! Dzięki temu, nie sposób zacząć dnia w złym nastroju.

 

Niewątpliwie swoją popularność w dużej mierze zawdzięczasz też Dzidkowi. Stąd moje następne pytanie: jak na Dzidka zareagowała Twoja najbliższa rodzina?

 

Na początku przez dłuższy czas nikt nic nie mówił, więc byłam przekonana, że widzę go tylko ja. Dopiero później okazało się, że był to tylko lekki szok i niedowierzanie z ich strony. Reakcje są bardzo różne i w zasadzie sprowadzają się do tego, czy ktoś lubi zwierzęta czy nie.

 

Czy planujesz już następne podróże w czasie których pokażesz Dzidkowi świat?

 

Z pewnością gdzieś się jeszcze razem wybierzemy. Dzidek jest bardzo ciekawy świata i odkąd ma kółka najchętniej podróżowałby cały czas, co niestety nie jest możliwe ze względu na moje inne zobowiązania.

Nie bardzo mogę też liczyć na pomoc znajomych i przyjaciół. Niedawno jeden z moich znajomych wybierał się za granicę i spytałam go, czy nie zabrałby ze sobą Dzidka i go trochę rozerwał. Powiedział, że bardzo chętnie, ale pod jednym warunkiem: że przyczepię mu spadochron, bo:  "jak tylko wjadę na autostradę, wyrzucę go przez okno". Na szczęście Dzidka nie było wtedy z nami i tego nie słyszał.

 

Ostatnio dużo pisałaś na temat swojego podupadającego zdrowia. Czy czujesz się już lepiej?

 

Moje zdrowie to temat rzeka, ale powiem tylko, że moje 4 przepukliny jak były tak są, ale nie dokuczają mi już tak bardzo, oko całkowicie się wygoiło, a amnezja wybiórcza okazała się być tylko jednorazowym incydentem i na szczęście nie jest chroniczna, jak u niektórych mężczyzn.

 

Na blogu wspomniałaś, że Twoje przepukliny wzięły się z trapiącego Cię wówczas konfliktu wewnętrznego. Czy możesz powiedzieć co to był za konflikt?

 

Niestety nie, gdyż wkraczamy tutaj w moją sferę prywatną.

 

Czyli chodziło o mężczyznę?

Tego nie powiedziałam.

 

Ale gdybyś powiedziała, co to za konflikt i co to za mężczyzna mogłabyś  w ten sposób uchronić wiele istnień ludzkich przed niebezpieczeństwem nabawienia się przepukliny, prawda?

 

Jak pisał Paulo Coehlo: "Bóg w niezliczonych lasach i puszczach świata nie stworzył dwóch takich samych liści", co oznacza, że każdy człowiek jest inny i to, co u mnie wywołało przepuklinę u innych może wywołać całkowicie inne objawy.

 

Czy Twoi czytelnicy albo znajomi doradzają Ci w kwestii poruszanych na blogu tematów?

Jedyne podpowiedzi jakie słyszałam pochodziły od moich znajomych płci męskiej, którzy zawsze twierdzili do tej pory twierdzą, że jeśli chcę mieć więcej czytelników to zdecydowanie powinnam "pokazać cycki".

 

Czy są to na jakieś realne szanse? W niedalekiej przyszłości?

Nie.

 

Szkoda. Również uważam, że byłby to dobry pomysł, bo mimo, że Twój blog skierowany jest do kobiet, czyta Cię również bardzo wielu mężczyzn.

 

Tak, to prawda. Z jednej strony bardzo mnie to cieszy, ale z drugiej wiem, że większość z nich trafiła na mojego bloga wpisując w wyszukiwarkę: "czy jestem psychopatą?"

 

Uważasz, że psychopaci nie byliby zainteresowani oglądaniem Twojego biustu?

Nie wiem, być może byliby, ale nie mam zamiaru dać im tej satysfakcji.

 

Czyli nie pokażesz na blogu swojego biustu, bo chcesz w ten sposób ukarać psychopatów?

Nie. Tego nie powiedziałam.

 

Wiesz dobrze, że oprócz psychopatów czytają Cię również normalni, zdrowi mężczyźni. Czy Twój upór w tej kwestii nie przypomina trochę "wylewania dziecka z kąpielą"?

Jak mówią w wojsku: "there is always a collateral damage".

 

Czy spotykasz się obecnie z jakimś mężczyzną?

Nie, nie w sensie romantycznym.

 

A w jakim innym sensie może spotykać się kobieta z mężczyzną?

"Są rzeczy w niebie i na ziemi, o których nie śniło się filozofom...".

 

I już moje ostatnie pytanie: skąd czerpiesz pomysły na swoje notki?

Może zabrzmi to banalnie, ale najlepsze pomysły przychodzą mi do głowy pod prysznicem albo przy goleniu.

 

Przy goleniu?

Tak. Bo wtedy myślę o czymś zupełnie innym: co mam do zrobienia tego dnia, co zjeść na obiad, czy związać sobie włosy czy je rozpuścić...

 

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia.

Ja również dziękuję. Czy mogę kogoś pozdrowić?

 

Oczywiście.

 Z tego miejsca pragnę gorąco pozdrowić wszystkich swoich czytelników i komentatorów, a przed wszystkim swoich 31 fanów. Jak również oczywiście mojego kotka Dzidka.

 


10:59, psotny_wiatr , wywiady
Link Komentarze (31) »
wtorek, 28 sierpnia 2012

 

 

 

Wszystkich zaniepokojonych moim stanem zdrowia pragnę uspokoić, że już odzyskałam wzrok i mój stan jest stabilny.


Jednocześnie pragnę poinformować, że wskutek tragicznych wydarzeń zeszłego tygodnia ucierpiało nie tylko moje oko, ale przede wszystkim moja dziecięca ufność. Oto bez żadnego ostrzeżenia zderzyłam się z brutalnością życia i przekonałam na własnej skórze, że człowiek jest niczym więcej jak tylko igraszką przypadku.


Kiedy leżałam pogrążona w głębokim bólu, mój tradycyjny sposób pojmowania świata ulegał stopniowej rewizji.


Po pierwsze uświadomiłam sobie, że wbrew temu co zawsze sądziłam, jednym okiem wcale nie można zobaczyć tak dużo i nie bez powodu mamy dwa, po drugie: po latach zaprzeczania i niedowierzania musiałam wreszcie przyznać, że rzeczywiście "życie to nie jest wieczny bal" (Arthur Schopenhauer "Świat jako wola i przedstawienie").


Po trzecie: w tamten poniedziałek przez ułamek sekundy wydawało mi się, że jestem w stanie śmierci klinicznej. Wijąc się z bólu w pogrążonym w egipskich ciemnościach pokoju zobaczyłam jak gdzieś w oddali zapaliło się nagle małe światełko. Wyciągnęłam więc przed siebie obie ręce i niepewnym krokiem zaczęłam się do niego zbliżać czując ogarniające mnie powoli ciepło i ufność, ale niestety okazało się, że to tylko leżący na półce mój telefon. Dostałam sms'a.


Mój kolega pytał czy nie mogłabym jednak wyskoczyć na miasto: "zaklej to ranne oko i przyjdź z tym jednym".

Odpisałam, że fajny pomysł, ale może bardziej na karnawał i że nie mam ochoty paradować po mieście bez jednego oka jak Jurand ze Spychowa.

 

20:34, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (8) »