stat4u
niedziela, 27 października 2013

 

 

Odkąd wyszłam za mąż, dostaję bardzo dużo emaili od swoich czytelniczek z różnymi pytaniami odnośnie naszego życia małżeńskiego, dzisiaj postanowiłam więc podzielić się odpowiedziami na te najczęstsze z nich:


1. Kiedy po raz pierwszy pokazałam się Rodżerowi bez makijażu?

 

Statystycznie rzecz ujmując, jedno na trzy małżeństwa się rozwodzi, dlatego jestem w stanie zrobić wszystko, żeby utrzymać Rodżera przy sobie.


Na przykład kiedy prosi mnie, żebym przyniosła mu zimne piwo z lodówki, trasę między lodówką, a jego fotelem przemierzam w szpilkach i 30 centymetrowej spódniczce mini w kolorze lila róż.

Odkąd wyszłam za mąż jest to mój oficjalny strój domowy.


Uważam, że szpilki, mini, balejaż i makijaż to absolutne minimum jeśli chcemy utrzymać przy sobie ukochanego mężczyznę, a jak tragiczne w skutkach może okazać się niedopełnienie tych podstawowych wymogów przekonałam się kiedyś na własnej skórze:


otóż wieczorami zawsze schodzę na dół do mieszkania Rodżera w pełnym makijażu i mówiąc mu "dobranoc" wpatruję się w niego szeroko otwartymi, umalowanymi oczami, bo właśnie tak chcę zostać przez niego zapamiętana...do czasu kiedy zobaczymy się następnym razem...


Kiedyś jednak obudziłam się w środku nocy i chciałam napić się mleka, niestety nie znalazłam żadnego w swojej lodówce, musiałam więc zejść na dół do lodówki Rodżera...Starałam się to zrobić bardzo cicho, żeby mnie nie usłyszał i żeby się nie obudził, bo nie chciało mi się malować oczu na "smoky eyes" specjalnie na tę okazję, postanowiłam więc zaryzykować i zeszłam na dół bez maskary, we flanelowej piżamie i wełnianych skarpetach...


Wyjęłam z lodówki butelkę mleka, a potem jeszcze jedną, żeby mieć na zapas i ruszyłam w stronę schodów, jednak jak już kiedyś pisałam, czasami (zwłaszcza wcześnie rano) zdarza mi się mieć problemy z błędnikiem i niechcący weszłam we framugę drzwi, Rodżer się przebudził...a ja przeżyłam chwilę grozy...ale na szczęście trwało to tylko chwilę, bo Rodżer wziął mnie za naszego mleczarza i powiedział, że napiwek jest tam gdzie zawsze, po czym odwrócił głowę i poszedł znowu spać...


Także tym razem mi się udało, ale od tamtej pory jestem dużo bardziej ostrożniejsza, bo doszłam do wniosku, że fakt, iż mój mąż już po dwóch miesiącach myli mnie z mleczarzem wcale nie wróży dobrze naszemu małżeństwu, zwłaszcza, iż jest to mąż, który trzyma pod poduszką broń...

 


2. Czy naprawdę mamy oddzielne sypialnie?


Tak, ja nadal śpię w tym samym łóżku, w którym spędziłam tyle samotnych nocy jako singielka marząc o swoim idealnym mężczyźnie...W najśmielszych snach nie przypuszczałabym, że kiedyś poznam Rodżera, który aż tak bardzo zbliży się do mojego ideału...


Na naszym małżeńskim łożu śpi Rodżer, a jeśli zajdzie taka potrzeba przychodzi po mnie na górę i znosi mnie po schodach na rękach...


Jedynym minusem jest to, że Rodżer lubi pościel z kory, której ja wprost nie cierpię, ale przecież małżeństwo to sztuka kompromisów dlatego śpimy razem pod pościelą z kory (Rodżer dostał 10 kompletów jako prezent ślubny, nadal nie wiem od kogo, ale podejrzewam, że to od tej bździągwy fryzjerki, jego byłej, z którą nadal się przyjaźnią i którą nawet zaprosił na wesele).

 

 

3. Czy często się kłócimy?

 

Owszem, zdarza się, że się kłócimy, ostatnio kłóciliśmy się, bo Rodżerowi zginęły 2 sig-sauery i "mógłby przysiąc, że zostawił je w schowku pod schodami...", więc ja mu mówię, że nie mam zielonego pojęcia gdzie one mogą być, że nie dotykam jego rzeczy i że ja mu nie zawracałam głowy jak mi się ostatnio zawieruszył gdzieś sztuczny penis z ostatniej dostawy, więc proszę mi już nie wspominać o tych sig-sauerach, ten temat uważam za zamknięty raz na zawsze, a w ogóle to czy nie widzi że teraz pracuję i że ja mu nie przeszkadzam, kiedy widzę, że jest zajęty i na przykład rozmawia na Skypie z talibami...

 


piątek, 05 października 2012

 

Drogi Psotny Wietrze,


Piszę do Ciebie z prośbą o poradę,  ponieważ sama już nie wiem, co jest, a co nie jest normalne.

Byłam ostatnio na randce z bardzo interesującym mężczyzną. Najpierw zjedliśmy, a potem poszliśmy na romantyczny spacer po parku. Wszystko było w idealnym porządku, dopóki nie usiedliśmy na ławce, ponieważ kiedy tak sobie siedzieliśmy i rozmawialiśmy, nagle przelatujący nad nami ptak "załatwił się" na jego głowę. Szczęście w nieszczęściu że nie padło na mnie, bo chyba bym tam UMARŁA. Ale do czego zmierzam psotny wietrze. Oczywiście w tym momencie uważałam naszą schadzkę za skończoną, on jednakże podszedł do pobliskiej fontanny, namoczył chusteczkę, wytarł się i w takim stanie miał zamiar kontynuować jak gdyby nigdy nic. Byłam zaszokowana.

 

Może i jestem sterylna aż do przesady, ale nigdy nie uważałam tego za swoją wadę i po prostu nie mogłam patrzeć mu w oczy i udawać, że "tego" już tam nie ma. Znajomi mówią, że jestem zbyt "analna", ale naprawdę nie było szans, żebym mogła skupić się na rozmowie, ponieważ nie mogłam przestać myśleć o jego włosach i zachodzącej w nich entropii.

 

Jola

 

 

 

Droga Jolu,


Opowiedziana przez Ciebie historia pokazuje, że feminizacja współczesnego mężczyzny nie posunęła się jeszcze tak daleko, jak to się co poniektórym wydaje.


Myślę, że wiele kobiet w skrytości serca marzy o mężczyźnie dzikim, którego cechowałaby żywotność, przyziemność czy nawet pewne nieokrzesanie, który potrafiłby rozpalić ognisko w deszczu i dobyć broni szybciej niż przeciwnik. Sęk w tym, że bycie w związku z kobietą w czasach współczesnych wymaga od takiego mężczyzny również pewnej dozy ucywilizowania i niestety, nie każdy z nich jest w stanie to unieść.


Oczywiście są szanse na to, że pod wpływem długotrwałego wychowu udałoby się wykorzenić  jego negatywne tendencje, ale po pierwsze tkwią one bardzo głęboko (owe instynkty i popędy wykształciły się przecież w naszych przodkach, kiedy walczyli na afrykańskich sawannach), po drugie niektórzy mężczyźni wykazują upartą wręcz dążność do powrotu do swojej dzikiej i nieposkromionej natury.


Darwin nazywa to zjawisko rewersją i opisuje je na przykładzie kapusty:


"jeżeliby udało się zaaklimatyzować lub uprawiać na bardzo ubogiej glebie przez kilka pokoleń rozmaite odmiany na przykład kapusty, powróci ona do większości lub też do wszystkich cech dzikiej formy pierwotnej"

("O powstawaniu gatunków" Warszawa 2009, Wydanie III, st.27).

 

poniedziałek, 05 marca 2012

 

Z cyklu listy do redakcji:

kiedy najlepiej iść z facetem do łóżka?


 

 

Piszę do Ciebie Psotny Wietrze, żeby zapytać, kiedy jest odpowiedni moment na pójście z mężczyzną do łóżka? Nie chcę, żeby odniósł wrażenie, że jestem łatwa, a z drugiej strony, nie chcę żeby wziął mnie za zimną frygidę, gdyż to również może działać na mężczyznę bardzo zniechęcająco.

Marzena

 

 

Droga Marzeno, 


Istnieją różne szkoły. Najpopularniejsza (nigdy nie należy robić tego na pierwszej randce) ledwo co zdążyła zadomowić się w świętokrzyskim, a już powoli ustępuje miejsca nowojorskiej, która utrzymuje, iż do łóżka powinno się iść przed pierwszą randką, żeby sprawdzić, czy w ogóle warto na nią pójść.

 

Niewolnicy tradycji natomiast zakładają a priori, iż w sensie eschatologicznym całe to chodzenie ze sobą do łóżka przed ślubem jest bardzo złe, ażeby nie powiedzieć zwierzęce (łac.bestialis),a konsekwencje wynikające z abstynencji bardzo liczne: głębsza więź z partnerem, "porozumienie dusz", wzbogacenie swojej osobowości o wartości duchowe, w skrócie: częstsza manifestacja dobra.

 

Jeśli obwieścisz swojemu mężczyźnie, iż jesteś orędowniczką celibatu, a on jest przyzwyczajony do linearnego biegu wydarzeń, istnieje duże ryzyko, że to mu się nie spodoba.


Jeśli jednak obstaniesz przy swoim, z miejsca wyeliminujesz ze swojego pola rażenia wszystkich niedojrzałych emocjonalnie mężczyzn, którzy otaczają nas zewsząd, a relacje z którymi zawsze kończą się dla kobiety większą lub mniejszą psychorzeźnią.

Pewne sprawy uporządkują się wtedy same, a ty będziesz widziała rzeczy takimi, jakimi są naprawdę, co jest bardzo przydatne (szczególnie dla kobiet na skraju, które przejawiają fatalną skłonność do rozbratu z rzeczywistością).

 

Niezależnie jednak czy zastosujesz celibat in toto, czy celibat umiarkowany (do odwołania) pamiętaj, że masz wybór i że nic nie sprawia kobietom takiej przyjemności jak możliwość częstego mówienia mężczyznom "nie".


Wiedzą o tym dobrze kobiety naiwne i trochę zbyt romantyczne, które do odczuwania rozkoszy cielesnej (łac.delectatio carnalis) potrzebują nie tylko fizycznej bliskości, ale również jedności mistycznej.


Mówiąc o jedności mistycznej mam tutaj na myśli nic innego jak poczucie identyfikacji kosmicznej z partnerem (rzecz niezmiernie trudna do uchwycenia, wiadomo jedynie, że jeśli tego nie ma, kobiety takiej nie zaciągnie się do łóżka nawet wołami).

 

Jeśli założymy, że w przypadku takiej naiwnej i trochę zbyt romantycznej kobiety:


a) satysfakcjonujące obcowanie cielesne jest wypadkową fizycznej bliskości i identyfikacji kosmicznej w proporcji 1:5

b) żyjemy w dobie seksualnego rozpasania, gdzie każdy może to robić kiedy chce, z kim chce i jak chce


łatwo nam będzie uzmysłowić sobie jak niewesoły jest erotyczny status takiej kobiety i jak szybko owa potrzeba identyfikacji kosmicznej okazuje się być dla niej po prostu przekleństwem. 

 

 


niedziela, 18 września 2011

 

 

Moskitiera, pożoga, wrzód

 

 

 

Drogi psotny wietrze,

 

Koleżanka mojego faceta zadzwoniła do niego i poprosiła  o pomoc w zainstalowaniu moskitiery w jej mieszkaniu. Sama nie wiem co o tym sądzić. Ufam mu i wierzę, że chodzi tylko i wyłącznie o moskitierę, z drugiej strony nie ukrywam, że ziarenko niepokoju zostało zasiane.

Czy nie za wcześnie na jakiekolwiek podejrzenia?

Czy może na wieść o tej moskitierze powinnam dostać szału?

                                                                                                                 Marzena

 

 

Droga Marzeno,


moskitiera, świerszcze, zakamarki alkowy...nie da się ukryć, iż jest w tym wszystkim jakiś  element erotycznego napięcia. Jednak daleka jestem od udzielania Ci jakichkolwiek rad, gdyż każdy mężczyzna jest w gruncie rzeczy inny oraz jak pisał Tołstoj "Każda rodzina jest nieszczęśliwa na swój własny sposób".  Nikt nie da ci pewności, że ta czy następna "moskitiera" nie okaże się iskrą zapalną wywołującą jakąś pożogę (to tylko przenośnia poetycka) posłużmy się nią jednak dla zobrazowania kilku wstępnych tez.

 

Cóż możesz zrobić w takiej sytuacji? Przepytać i od razu przeciąć bolesny wrzód!- podpowie z pewnością niejedna z Was Drogie Czytelniczki i Czytelnicy.  Sęk w tym, że przepytywanie w każdym z nas budzi delikatny niesmak. Istnieją realne szanse, że słysząc twoje pytania:


a) obróci je w żart

b)zlekceważy nazywając cię "histeryczką", która ze wszystkiego robi problem

c) zareaguje jawną wrogością

d) spłoszy się niczym rącza gazela

 

 

Ponadto, jeśli jest to wrażliwy mężczyzna o bogatym życiu wewnętrznym, sam z pewnością czuje się w tej całej sytuacji bardzo zagubiony, o czym świadczy np. jego rozkojarzenie..nagle nie zauważa naszej nowej bluzki, z dnia na dzień przestaje się nam narzucać ze swoją życzliwością, wreszcie: choć ciałem zdaje się być ciągle przed komputerem (you tube: "zderzenie motocyklisty z łosiem") myślami jest  zupełnie gdzie indziej...


I choć nie wolno nam lekceważyć owych sygnałów ("Kiedy ruszają się drzewa, wiedz, że wróg się zbliża" Sun Zi "Sztuka wojny") zadawanie mu pytań to nie najlepszy pomysł, gdyż będąc w tym stanie wewnętrznego rozedrgania sam z pewnością nie potrafi sobie jeszcze na nie odpowiedzieć.

 

Inna taktyka, którą możemy wykorzystać (nie tracąc przy tym nic z naszego moralnego autorytetu) to znana wszystkim szpiegom próba wydobycia informacji przy wcześniejszym uśpieniu czujności indagowanego.


Załóżmy, że nasz partner ni z tego, ni z owego obwieszcza, iż w najbliższy weekend wybiera się na 10milowy kłus za miastem ("ja i kilka osób z marketingu", "będziesz się tylko nudzić").

W tym momencie przechodzimy na tzw. powściąg: nie przepytujemy, nie dociekamy, ufnie kiwając głowami dorzucamy zdawkowo: "pamiętaj tylko, żebyś uważał na swój nadwyrężony nadgarstek!".


Tydzień później ni z tego, ni z owego obwieszcza, iż w najbliższy weekend wybiera się  na artystyczny plener w Borach Tucholskich ("ja i klika osób z marketingu", "będziesz się tylko nudzić").

W tym momencie przechodzimy na tzw. powściąg: nie przepytujemy, nie dociekamy, ufnie kiwając głowami dorzucamy zdawkowo:" ależ oczywiście kochanie, przecież zawsze chciałeś spróbować swoich sił w akwarelach".


Na obrzeżach jego świadomości zaczynamy wówczas funkcjonować jako osoba bezkonfliktowa, wyrozumiała, bardzo życzliwa i pełna ciepła.

Nasza pogodna akceptacja z czasem pozwala mu się otworzyć i rzucać niezobowiązujące komentarze w stylu:


"...a wiesz, wczoraj bite 2 godziny pomagałem Agnieszce naprawić samochód. Uszczelka pod głowicą nie nadawała się do niczego"

albo

"Wyskoczyłem wczoraj na lunch z Agnieszką, opowiadała, że Indianie Hopi bardzo praktycznie podchodzili do konia, a mianowicie z jego włosia wyrabiali sobie siodła. Wiedziałaś o tym?".

  

 

Jest jeszcze trzecia linia postępowania, którą możemy obrać, a mianowicie w myśl zasady "Ominie cię licho, gdy siedzisz cicho" oszukujemy same siebie i udajemy, że nic się nie dzieje. Nie przepytujemy, nie dociekamy, ufni w wierność partnera trwamy w pokorze przez wiele lat, nie dopuszczając do siebie pewnych złowieszczych faktów.


Niestety, jak narazie nie ma empirycznych dowodów na to, że problem o którym się nie mówi, znika. Wprost przeciwnie:z biegiem czasu nabiera on cech charakterystycznych dla toczącej się śnieżnej kuli. Przy odrobinie sprytu i uważnym planowaniu moment skonfrontowania się z nią możemy przesuwać o wiele lat...

 

 

 

 

Pytanie do czytelników:

zaufanie czy/i kontrola?

 

 

poniedziałek, 08 sierpnia 2011

 

 

Z cyklu listy do redakcji

 

 

 

 

Oto, na czym polega mój problem, psotny wietrze:

 

mój mężczyzna usilnie namawia mnie, żebym zapisała się na siłownię, dzięki czemu (jak twierdzi) będę mieć lepsze samopoczucie i "bardziej sprężysty krok" . Tak się akurat składa, że w swoim życiu miałam już krótki epizod z siłownią (pierwszego tygodnia odwiedziłam to miejsce 3 razy, drugiego tygodnia 2 razy, a trzeciego nie poszłam wcale) i z całym przekonaniem mogę stwierdzić, iż był to pomysł chybiony.

 


Do dziś nie potrafię powiedzieć, kto był bardziej zdziwiony tym, że splotły się nasze losy: ja cz obecny tam pan instruktor.

Cierpliwie jednak kreślił jak dotąd niezbadane przeze mnie horyzonty, a ja wręcz spijałam jego słowa wyobrażając sobie jak to będzie, kiedy już uda mi się stworzyć siebie na nowo.


Niestety, mimo jego najlepszych chęci, ćwiczenia okazały się mało zajmujące i już po upływie kwadransa kompletnie nie wiedziałam co dalej, a w moich oczach malowały się tylko dwa pytania: "co robić?jak żyć?"


Dziś, patrząc na to z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, iż najwyraźniej przytłaczał mnie bezsens moich działań oraz bardzo brakowało mi powietrza w sensie duchowym.


Nie mając więc stuprocentowej pewności czy mój układ nerwowy to wytrzyma, zmuszona byłam zaprzestać dalszych wysiłków i ubiegać się o spieniężenie karnetu (w oparciu o poważne podejrzenie wystąpienia u mnie dusznicy bolesnej).


Przysięgam, iż bardzo bym chciała ćwiczyć razem z innymi i współdzielić przekonanie, że świat do nas należy, ale nic nie poradzę na to, że siłownia wpływa na mnie tak bardzo niekorzystnie.


Ilekroć przekraczam jej próg całą swoją istotą odczuwam obezwładniający wręcz niepokój, co oczywiście nie pozostaje bez echa, gdyż niemal zawsze zmuszona jestem odpowiednio go potem skanalizować np. wylegując się w hamaku (najlepiej gdzieś w okolicach Costa del Sol). Na szczęście już się z tym pogodziłam, w końcu każdy z nas musi dźwigać swój krzyż, prawda?


 

No więc kiedy już w pełni zaakceptowałam ten stan rzeczy mój mężczyzna i jego delikatna sugestia sprawiły, iż odwieczny konflikt (dychotomia duszy i ciała) na nowo podniósł swój ohydny łeb. Tym razem jednak gotowa jestem powiedzieć mu stanowcze "NIE".

Cieszę się, że on ćwiczy i ma dobrze rozwinięte mięśnie dwu- i trójgłowe, ale na litość boską, nie dajmy się zwariować!


Osobiście głęboko wierzę, iż ktoś, kto akurat nie wyciska 120 na klatę, również ma prawo czuć się całością, nes pa?



Twoja stała czytelniczka

Agnieszka W.

 

 

 

Droga Agnieszko,

 

W zbiorowej wyobraźni siłownia zadomowiła się jako miejsce służące samodoskonaleniu  i kształtowaniu samodyscypliny.

Jednak u Ciebie ten aspekt JA mógł ulec totalnemu wyalienowaniu. Oczywiście istnieją realne szanse, że Twoja wola znajduje się jedynie w stanie uśpienia, co (w zależności od odpowiednich czynników środowiskowych i sytuacyjnych) zawsze może ulec zmianie i okazać się jedynie stanem przejściowym. Nie zasypiaj gruszek w popiele!

 

 

Choć świat siłowni może jawić się jako uporządkowany i przewidywalny, dla niektórych z nas jego proste i niezakłócone formy mogą okazać się wręcz zagrażające, co Twój przykład doskonale ilustruje. Nie dajmy się więc zwieść pozorom i pamiętajmy, że siłownia to nie tylko blaski, ale również i cienie.

 


Jeśli chodzi o spełnianie jakichkolwiek wymagań, jeszcze raz napiszę, iż partner nie jest hubą, którą możemy sobie wyhodować na ścianie według własnego widzimisię i najlepiej funkcjonuje się w związku z kimś, kto niczego od nas nie oczekuje.


Z pozdrowieniami,

Psotny Wiatr

 

 

p.s. pytanie do czytelników: na ile i czy w ogóle warto zmienić się dla partnera?

 

 


piątek, 22 lipca 2011

                                              

 

Drogi Psotny Wietrze,


 

od niedawna bardzo podoba mi się pewien mężczyzna, jednak nie wiem czy mam u niego jakiekolwiek szanse. Poznałam go w pracy, jest analitykiem w dziale finansów, odwiedziłam też jego profil na facebooku, ale zamieszczone tam informacje są strzępkowe i nie pozwalają wysunąć żadnych daleko idących wniosków.

 

Wiem tylko, że lubi jeździć na rowerze, czyta książki, słucha takich zespołów jak Black Sabbath, Rage against the Machine, Anthrax, Gov't Mule. Jego linki prowadzą do różnych śmiesznych stron np. "Jedno modżajto dla mojej świni". Koleżanki z działu mówiły mi, że dużo czasu spędza też w firmowej siłowni, ale tego akurat domyśliłam się sama bez wchodzenia na jego profil.


 Czasami widuję go na spotkaniach, na które przychodzi zawsze spóźniony i nie zawsze przygotowany (co w moim mniemaniu jest bardzo sexy).

 

Co tu dużo mówić: jest zabójczo przystojny. Surowa, męska uroda typu środkowoeuropejskiego: alabastrowa skóra, niebieskie oczy, olbrzymie pięści, włosy blond (jeszcze nigdy nie widziałam go uczesanego, co akurat wg mnie jest  również bardzo sexy i wcale nie przemawia na jego niekorzyść). Jakby tego wszystkiego było mało, wyobraź sobie psotny wietrze, że do pracy przyjeżdza na motorze!?!  Teraz z pewnością uwierzysz mi na słowo, że na pierwszy rzut oka bardziej przypomina poskramiacza krokodyli, niż analityka z działu finansowego.

 

Nie znamy się zbyt dobrze i rozmawialiśmy tylko o sprawach służbowych, pomijając jeden incydent, kiedy to wpadłam na niego w kuchni (odgrzewał w mikrofalówce zrazy z polędwicy w sosie koperkowym) i widząc czerwone plamy na mojej twarzy zapytał, czy przypadkiem nie spędzam zbyt dużo czasu na słońcu, a ja odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że to reakcja alergiczna na rozjaśniacz do pasemek. Nie zainteresował się jednak tym tematem i szybko się oddalił.

 

Jeśli chodzi o mnie to nie za bardzo lubię siłownię i tego typu aktywności, ale myślę, że czasem mogłabym mu w tym potowarzyszyć, żeby lepiej poznać to, czym się interesuje. Oprócz tego, że nie lubię sportu i nie słucham metalu, jestem wrażliwą osobą i bardzo lubię kwiaty. Miłość, ciepło, akceptacja świata to moje mocne strony. Nie mam jednak zielonego pojęcia, jak zwrócić na siebie jego uwagę. Od razu zaznaczam, że eksponowanie ciała jest niezgodne z moimi feministycznymi poglądami.


Pomóż psotny wietrze, bo ilekroć go widzę nie mogę przestać się zastanawiać kim naprawdę jest ten mężczyzna i czy razem bylibyśmy szczęśliwi.

                                                                                                     

       Agnieszka

 

 

 

Droga Agnieszko,


Na zadawanie sobie pytań typu: "kim jest ten mężczyzna?", "czy razem mamy jakieś szanse?", "jaką rolę odegra w moim życiu?" jest zdecydowanie za wcześnie. Wiele z nas, kobiet na skraju, tkwi w stałych związkach już od lat i nadal nie potrafimy odpowiedzieć sobie na te pytania.

 

Nie wybiegaj za bardzo w przyszłość, żyj świadomie tu i teraz. "Kto chce rozplątać namotane i powikłane, nie chwyta całego kłębka" jak pisze, często przeze mnie cytowany, Sun Zi  ("Sztuka wojenna" 23, 19).


Chociaż trudno wyrokować o naturze mężczyzny na podstawie jego konta na facebooku, pewne refleksje nieuchronnie się nasuwają. Siłownia, dobra muzyka, książki i odpowiedzialne stanowisko-wszystko to bardzo dobrze o nim świadczy.

 

Ktoś, kto słucha Black Sabbath raczej nie będzie uważał, iż kobieta została stworzona z żebra mężczyzny, co samo w sobie stanowi już bardzo optymistyczny akcent.

 

 I kto powiedział, że szarżujący motocyklista spóźniający się na spotkania nie może być odpowiedzialny i trzeźwo myślący? Co więcej, takie zachowania z miejsca wykluczają ostrą nerwicę lękową i dają pewność, że nie będzie płakał, kiedy będziesz go krytykować.

 

"Jedno modżajto dla mojej świni" z jednej strony jasno dowodzi, iż posiada on tzw. "inteligencję emocjonalną", z drugiej wyczuwam tutaj delikatne balansownie na granicy dobrego smaku...Tak czy siak, istnieją spore szanse, że nie jest patologicznie skąpy.

 

Przystojny mężczyzna, z którym bywa wesoło to marzenie każdej kobiety, nie pozwól jednak, aby biceps, triceps i Achilles przysłoniły Ci jego prawdziwy charakter, którego poznanie zawsze wymaga czasu i przeróżnych okoliczności.

 

 Niestety, nie mogę udzielić Ci jednoznacznej podpowiedzi jak możesz zwrócić na siebie jego uwagę, gdyż nie ma na to gotowej recepty. Ważne, żebyś pozostała sobą i nie próbowała udawać kogoś, kim nie jesteś. Życzę Ci powodzenia!


        Psotny Wiatr

 


poniedziałek, 24 stycznia 2011

Czy można kogoś kochać i jednocześnie go

zdradzać oraz co łączy seksoholika i czarną

krowę w kropki bordo?

 

 

 

Drogi psotny_wietrze,

otóż mój facet mnie zdradza. Tak między Bogiem a prawdą nie różni się on zbytnio od moich eksów (nie wiem jak ja to robię, ale ciągle trafiają mi się podobni) tym razem jednak czuję, że nastąpił pewnien postęp, ale po kolei...

Ilekroć wychodzimy na miasto ogląda się za innymi kobietami, a kiedy jest mi z tego powodu przykro stara się mi wytłumaczyć, iż 'to nie od niego tak naprawdę zależy' i że na piękno zawsze reaguje odruchowo i doprawdy nie ma przecież w tym nic złego...

I choć jestem na niego z tego powodu trochę zła, muszę przyznać iż po pewnym czasie złość mi przechodzi, bo czyż ja sama nie oglądam się na ulicy, kiedy widzę jakąś piękną kobietę? Piękno jest konceptem uniwersalnym i od wieków pociągało i nęciło nas wszystkich bardziej niż brzydota..

Następnym niepokojącym sygnałem jest ogromna liczba jego koleżanek i przyjaciółek...Przysięgam Ci psotny wietrze, że czasami myślę, iż są to wartości wręcz niepoliczalne..ale czy powinno mnie to w ogóle dziwić skoro sama wiem najlepiej jak miłym i sympatycznym jest on mężczyzną, jak otwartym i przyjaznym i jak wiele ma do zaoferowania światu?

 

Tak więc, kiedy już przestałam się tym wszystkim martwić, a nawet po cichu żyć nadzieją, iż może wreszcie trafiłam na kogoś z kim połączy mnie uczucie na lata...właśnie wtedy zaczęłam podejrzewać, iż on mnie po prostu zdradza.


Zanim jednak zdołałam o tym pomyśleć 2 razy i cokolwiek w związku z tym przedsięwziąć sam mi wyznał, iż 'owszem' zdradza mnie i sam zdecydował się mi o tym powiedzieć, gdyż brzydzi się kłamstwem oraz że 'szczerość w związku to podstawa'.


Potem zapytał mnie, czy nie mogłabym zaakceptować faktu, iż związek z jedną kobietą (w tym wypadku mną) znaczenie ogranicza jego przestrzeń życiową i bardzo mu 'podcina skrzydełka' i czy nie mogłabym po prostu pogodzić się z myślą, iż czasem zrobiłby to 'z inną/innymi kobietami...niezbyt często...nie dajmy się zwariować..ot tak...od czasu do czasu...'


Zapewnił mnie po raz kolejny o swoim głębokim uczuciu do mojej osoby i tylko dlatego, iż jestem tak wspaniałą  i wyjątkową kobietą nie chciałby, żeby jakieś 'nic nie znaczące romanse' zaprzepaściły to, co razem do tej pory zbudowaliśmy...


Kiedy powiedziałam mu, że NIE, NIE wyobrażam sobie takiej relacji nazwał mnie ,samolubną EGOISTKĄ, która nie chce się nim dzielić z innymi' i nie mógł doprawdy zrozumieć 'dlaczego zawsze muszę tak wszysko komplikować?!?'

 


Drogi psotny wietrze, czy można kogoś kochać i jednocześnie go zdradzać?

Renata z Poznania

 

 

Droga Renato,


przysięgam, iż już samo przeczytanie Twojego listu tak bardzo mnie zmęczyło, iż musiałam się chwilkę zdrzemnąć...

 


 

 

rys.1


 

 

rys.2


 

Powyższe ryciny przedstawiąją krowę czarną w kropki bordo oraz schody prowadzące do obory. Musisz wiedzieć, że krowa jest tak skonstruowana, iż potrafi jedynie wejść do góry, ale nigdy zejść.

 

Jeśli nie cenisz swojego czasu i nie masz nic innego do roboty, możesz próbować z nią dyskutować, możesz przedstawiać jej swój punkt widzenia na wielorakie sposoby, uciekać się do rozmaitych argumentów i próbować nakłonić ją do zmiany zajmowanego stanowiska (jeśli zawodzi dialog próbuj szantażem, przekupstwem i łzami) pamiętaj jednak, czym dyskusja z krową czarną w kropki bordo może się dla Ciebie skończyć:


 


 

 

 

 

 

 

 


ażeby uniknąć takich sytuacji zachęcam do regularnego wklejania zajączków:


(http://psotnywiatr.blox.pl/2011/01/Regulator-emocji-dla-kobiet-na-skraju-psotny.html ....)

 


środa, 08 grudnia 2010

Z cyklu listy do redakcji:

mężczyzna, który stał się elfem.


 

Drogi Psotny Wietrze,


Piszę do Ciebie ten oto list, chociaż wiem, że takich listów codziennie dostajesz miliony. A chodzi mianowicie o mojego męża.


Wszystko zaczęło się wczesną wiosną, kiedy ni z tego, ni z owego zaczął hodować świerszcza. Oboje uwielbiamy zwięrzeta (szczególnie futerkowe) tylko tym razem wyjątkowo zdecydował się na bardziej oszczędną formę ...Tak więc w sumie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż nagle wszystko inne przestało dla niego istnieć,  przez "wszystko inne" mam na myśli rodzinę (ja i nasza córka), pracę (handel obligacjami o podwyższonym stopniu ryzyka), zainteresowania (splądrowanie Rzymu przez Hunów) oraz doktorat (teoria wyważenia śmigła).


Razem ze świerszczem potrafił godzinami siedzieć w swoim gabinecie oddając się tylko i wyłącznie rozmyślaniom..


Dwa miesiące później zaczął malować na szkle...Twierdził, że kiedy tworzy, czuje w sobie artystę, który usiłuje wydostać się na zewnątrz, a nigdy wcześniej nikt mu tego nie umożliwił...


Na moją uwagę, iż malarz fantasta koreluje dosyć negatywnie z inżynierem lutującym obwody scalone (którym bywa na co dzień) odpowiedział, że dla każdego znajdzie się miejsce w Wielkim Łańcuchu Istnienia (nie wiem skąd on dobiera te terminy, na pewno nie z "Muratora", którego subskrybuje od lat).



Ostatkiem sił dodawałam sobie cierpliwości, jednak czara goryczy przepełniła się, kiedy tydzień temu oświadczył, że (w ramach czynu społecznego) będzie towarzyszył Mikołajom w supermarketach przebrany za elfa ...


Psotny Wietrze, musisz wiedzieć, że oprócz tego, iż jest on niskim, krępym mężczyzną (idealnie odnajdującym się w tej roli) do tej pory był wzorowym mężem i ojcem, poważnym człowiekiem zorientowanym głównie na osiąg.


Możesz więc sobie wyobrazić jak bardzo niepokoją mnie zmiany, które w nim zachodzą...Nie potrafimy już się porozumieć, ostatnio poprosił mnie o uprasowanie swojej elfiej opończy dodając "chociaż tyle możesz dla mnie zrobić, skoro nie mogę liczyć na twoje wsparcie".

 

Jak mam uratować nasze małżeństwo? A może on ma kogoś? Czy obejdzie się bez egzorcysty?


 

Marzena, kobieta na skraju załamania nerwowego

 


 


Droga Marzeno,


mimo, iż od dawna elf symbolizuje demona, zło, wrogość, czary, fallusa i kalectwo, naprawdę nie widzę żadnych powodów do niepokoju.


Myślę, że Twój mąż chce uwypuklić kobiecą, mniej drapieżną stronę swojej osobowości, do tej pory najwyraźniej tłumioną...


Choć narazie przybiera to formy energii błądzącej: emigracja wewnętrzna (świerszcz), akty tworzenia (malunki) czy wreszcie dezintegracja osobowości (elf) z pewnością zmierza on powoli ku całkowitej rewizji swojej postawy wobec życia.


Trudno mi też przewidzieć jak ukierunkuje się jego dalszy rozwój emocjonalny, być może zacznie pisać wiersze albo tkać gobeliny, nie sadzę, aby obudziły się jego myśliwskie instynkty (na pewno nie zostanie nożownikiem i nie wstąpi do partii neonazistów, o to możesz być spokojna,  nie leży to w naturze elfów, beztroskich, niezważających na nic, hasających tu i ówdzie).

 

Nie grozi mu też załamanie nerwowe, jest na to zbyt praktyczny, za bardzo nastawiony na cel.


Droga Marzeno, musisz jednak wiedzieć,  że nie jest on też hubą, którą możesz sobie wyhodować na ścianie według własnego widzimisię...


Ciesz się różnicami, które Was dzielą. Jeśli w stroju elfa czuje się w zgodzie ze sobą i światem, zaakceptuj to..


Na Twoim miejscu potowarzyszyłabym mu w jego wewnętrznej podróży, a potem (jeśli zajdzie taka potrzeba) wspólnie zdefiniujecie nowe parametry Waszego związku. Życzę Wam powodzenia!


Z poważaniem,

Psotny Wiatr

 

 

 

p.s.

Jeśli czytają mnie kobiety, które znalazły się w podobnej sytuacji jak Marzena, i chciałyby podzielić się swoimi doświadczeniami, można to zrobić w komentarzach. (nie trzeba się logować)

 

środa, 28 października 2009
Drogi psotny wietrze...

Piszę do Ciebie ten oto list, ponieważ już nie wiem co o tym wszystkim sądzić. Chodzi o to, że ostatniej soboty ja i mój mąż wyjechaliśmy do Zakopanego w podróż poślubną.

 


Bardzo go kocham, pochodzimy z małej miejscowości kolo Ostródy i razem pracujemy w niewielkim przedsiębiorstwie o wdzięcznej nazwie "Las". Spędziliśmy ze sobą cudowny weekend. Niestety w drodze powrotnej stało się coś strasznego!!!


Otóż będąc "w okolicy" Piotr postanowił "przy okazji" odwiedzić rownież Oświęcim... Mimo, że ani on, ani ja nigdy wcześniej nie zwiedziliśmy tego miejsca byłam tą propozycją bardzo zniesmaczona. Uważam,  że było to nie na miejscu i bardzo w złym guście. W odpowiedzi na moje oburzenie Piotr odparł, że nie potrafię spojrzeć na siebie z dystansem oraz że "życie to nie jest wieczny bal" (?!?).


Co mam o tym wszystkim sądzić? Czy wyszłam za nieczułego skąpca?  Odpisz, pliz.


Bernadetta




Droga Bernadetto,


Z punktu widzenia kobiety Wasza podróż poślubna nie zakończyła się z chwilą opuszczenia Zakopanego, z punktu widzenia mężczyzny z pewnością skończyła się najpóźniej w Nowym Targu. Powinnaś spróbować przekonać Piotra do słuszności prawa wywodzącego się jeszcze z myśli filozoficznej Sofoklesa,  a mianowicie "czasami mniej znaczy więcej".


Odnośnie "wiecznego balu" jako metafory określającej Twój światopogląd i sposób bycia polecam analizę utworu "Airmax Classic"  Tede' go a w szczególności słowa: " życie to schody, nie rewia mody".



Załączniki:

1.mapka:

 

 


 

 

 

2.

 

 

 

wtorek, 27 stycznia 2009

Odpowie Ci wiatr

 

 

Wczoraj napisał do mnie sam rzecznik prasowy Huraganu Wołomin (Wołomińskiego Klubu Sportowego) w bardzo pilnej sprawie. Otóż okazało się, że piłkarze owej drużyny są wiernymi czytelnikami mojego bloga, z wypiekami na twarzy wyczekują kolejnych notek i w ramach relaksu czytają je sobie między treningami. Niektórzy z nich przysłali mi nawet swoje fotki, a jeden otwarcie przyznał, iż moja skromna osoba zasiała w jego sercu delikatny niepokój..:)

 

Drużyna zwraca się do mnie z zapytaniem, czy wyraziłabym zgodę na zmianę nazwy klubu z "Huraganu Wołomin" na "Psotny Wiatr Wołomin". Chłopcom daleko jeszcze do ekstraklasy, a słowa "psotny wiatr" ponoć lepiej niż "huragan" oddają ich dynamikę gry, walkę o każdą piłkę i ruchliwość w środku pola.

 

 

A oto i zdjęcia chłopaków:

 

jpg