stat4u
czwartek, 03 listopada 2016

 

 

 

 

Zachwyciła mnie muzyka, którą usłyszałam w kawiarni. Okazało się, że puszczał
ją kucharz ze swojego telefonu. Chciałam z nim porozmawiać i zapytać co to, ale kelnerka zagrodziła mi drzwi do kuchni mówiąc, że "kucharz teraz gotuje"...Tak jakby to wszystko wyjaśniało...Nie pomogły prośby, groźby, łzy w rękaw...najpierw mój rękaw, potem jej rękaw...

Spotkałam go tydzień później i powiedziałam: "to było tydzień temu, taka muzyka głównie bez słów". 


22:18, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 30 listopada 2015

 

Uroczyście obwieszczam, że zdałam egzamin teoretyczny. Za drugim razem..

W ośrodku w którym zdaje sie egzaminy na prawo jazdy można spotkać dwie grupy ludzi:

licealistów i panów, którym najwidoczniej zabrano prawo jazdy za jazdę pod wpływem...(ich lica są bardziej rumiane i wydają się

strzaskane wiatrem jakby mieszkali na Wichrowych Wzgórzach).

Ja trzymałam się z tą druga grupą, bo na tle licealistek wyglądałam jak ich wychowawczyni, z 25letnim stażem pracy w szkole.

 

Na pierwszym egzaminie zapytałam dziewczynę obok:

 

- który raz podchodzisz?

- drugi. A PANI?

 

A PANI? A PANI? A PANI? - rozległo się echem po całej sali...i wszyscy w tym momencie na mnie spojrzeli...i

zaczęli szeptać: no właśnie co ona tutaj robi? taka stara? pewnie zapiła...

więc w tym momencie wstałam i powiedziałam że ja robię prawko na PROM.  i to im zamknęło usta.

 

a potem pan prowadzący egzamin powiedział że prosi o ciszę

bo to jest jednak egzamin państwowy i że każdy ma prawo do niego podchodzić

bo w końcu wszyscy jesteśmy Dziećmi Bożymi... Nie jestem pewna czy użył akurat takich słów,

ale miało to mniej więcej taki sens.

 

 

W myślach złapałam więc tę dziewczynę za kudły i trzy razy uderzyłam jej twarzą w klawiaturę,

ale zrobiłam to tylko dlatego że mam problem z konstruktywnym wyrażaniem swojego gniewu...

 

 

 

W rezultacie rozwiązując ten pierwszy test uśmierciłam 5 osób, w tym jednego policjanta za którego

na szczęście udało mi się wytargować pół punktu (powiedziałam, że jest to wpisane w ryzyko zawodowe)

ale i tak zabrakło mi 1.5 żeby zdać.

Generalnie bardzo się denerwowałam rozwiązując ten test,

więc nie wyobrażam sobie jak będę się denerwować na praktycznym, szczerze mówiąc nie wiem

czy uda mi się zdać bez whisky...

 

21:59, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 października 2015

 

 

Mój siostrzeniec do mojej siostry: "Mamo, podobna do cioci Moniki!"

 

 

18:20, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 lutego 2014

 

 

2 tygodnie temu jechałam autobusem miejskim w Radomiu kiedy ni z tego, ni z owego trafił mnie sycylijski piorun: spostrzegłam mianowicie bardzo przystojnego mężczyznę, który wyglądał niemalże jak James Bond...mimo, iż miał na sobie czarną kurtkę, siwą bluzę i plecak...

 

Stał do mnie najpierw tyłem, a potem coraz bardziej bokiem bo w pewnym momencie zauważył, że mu się przyglądam, jednak kiedy później usiłował nawiązać ze mną kontakt wzrokowy ja udawałam, że go nie widzę...że wcale mi się nie podoba...że nie jestem zainteresowana...że jestem bardzo zajęta patrzeniem się w okno...a w ogóle to w domu czeka na mnie mąż i dlatego spojrzałam się tylko jeden raz i więcej razy już nie mogę...itd.


Kiedy wysiadł z autobusu stanął na przystanku na przeciwko mojego okna i spontanicznie uśmiechnęliśmy się do siebie...

Ach, cóż to była za piękna chwila...


Byłam w drodze do swojej siostry, opowiedziałam jej więc o całym zajściu, a co ona skomentowała: "czytasz za dużo książek i nie za bardzo potrafisz się odnaleźć kiedy przytrafia się prawdziwe życie..."


I chyba jest w tym trochę prawdy, bo szczerze mówiąc nigdy bym nie przypuszczała, że Książę z Bajki albo syn św. Mikołaja może jeździć autobusem...Zawsze wyobrażałam go sobie w różanym ogrodzie...

 

Byłam zła na siebie i obiecałam sobie, że to był ostatni raz kiedy tak się zachowałam, a żeby złagodzić ból straconej szansy zamieściłam ogłoszenie na spotted:


 

 

 

 

Tajemniczy mężczyzna jednak nie odezwał się...a ja pocieszam się, że na szczęście nie jestem jedyną kobietą, która zamieszcza w internecie takie ogłoszenia...

 

 

 

 

piątek, 04 października 2013

 

 

Jak gotowałam risotto dla Rodżera

i inne opowieści z życia mężatki

 

 

 

 

 

 

Zaraz po ślubie wprowadziliśmy się do domu Rodżera i tak oto spełniło się moje największe marzenie: nie tylko mieszkamy w domu wolnostojącym, ale każde z nas: i ja, i mój mąż mieszka na osobnym piętrze, tak jak Paweł i Gaweł.

Tylko w takim układzie nie czuję, że moja przestrzeń życiowa jest tłamszona.

 


Mój dzień nie zmienił się znacznie od kiedy wyszłam za mąż, nadal wyznaczają go solidne ramy, dzięki którym łatwiej mi jest zachować wewnętrzną równowagę.


Zawsze staram się chodzić spać z kurami, więc kładę się około godziny 22 i budzę się o 7 rano. Potem udaję się do kuchni, żeby zaparzyć sobie kawę.

 

Kawę parzę w specjalnym™ zaparzaczu, jest to specjalna™ kawa, ze specjalnym™ syropem, ze specjalnym™ mlekiem, w specjalnym™ kubku.


Od 7.15 do 9.30 leżę w łóżku i oddaję się rozmyślaniom, ponieważ moja wyobraźnia, umiejętność kojarzenia i krystalizowania się poglądów są wtedy na swoim możliwie najwyższym  poziomie i nie wyobrażam sobie, że mogłabym w tym czasie szukać brakującej skarpety czy kluczyków do samochodu mojego męża.


Zresztą nie słyszę, żeby krzątał się na dole, więc pewnie od dawna nie ma go już w domu.


Rodżer jest antyterrorystą, więc nie wiem do końca czym się właściwie zajmuje (tajemnica służbowa), nikt oprócz mnie nie zna też jego twarzy, nie mogę napisać gdzie mieszkamy, ani jak się nazywamy, mogę jedynie zdradzić, że wcale nie ma na imię Rodżer (to tylko ksywka, którą nadali mu jego amerykańscy koledzy po fachu po ostatniej akcji zatrzymania jakichś przemytników w Babimmoście, nie wiem o co dokładnie chodziło, ale od tego czasu mamy w domu bardzo dużo broni, a ja napotykam karabiny, sztucery i sig-sauery w najmniej oczekiwanych miejscach, więc teraz rozumiem, co żony mają na myśli, kiedy mówią, że ich mężowie nie sprzątają po sobie). 


Tak więc mój mąż ma na imię Dimitri i ma bałkańskie korzenie (stąd jego ciemna karnacja). Jak każdy antyterrorysta jest bardzo wysportowany i silny (zatrzymuje konie w galopie), nurkuje, skacze ze spadochronem, a w wolnych chwilach strzela z łuku.


Dima jest też zrównoważony psychicznie i nie uskarża się na żadne fobie, przez co wspaniale się razem uzupełniamy.

 

 

Kiedy wypiję kawę sprawdzam w swoim smartphonie czy dostałam jakieś emaile od swoich 37 fanów, ponieważ jednak skrzynka jak zwykle jest pusta, wstaję z łóżka i zasiadam do swojego mahoniowego biurka przy którym będę pracować nad swoją powieścią (akcja rozgrywa się w nowojorskim Chinatown, z którego rosyjscy gangsterzy próbują przemycić kokainę do powojennego Raszyna...Taki psychologiczny thriller i bawienie się konwencją).


 

Odkąd wyszłam za mąż, nie pracuję i w zasadzie jest to największa różnica którą dostrzegam w swoim obecnym życiu. Kiedy byłam singielką pracowałam,  ale nigdy nie mogłam pogodzić się z tym, że to, co robiłam w pracy nie miało absolutnie żadnego znaczenia w sensie kosmicznym, więc odeszłam i obecnie utrzymuję się z pensji mojego męża (to duże ułatwienie, zwłaszcza, że za 3 lata przejdzie na wcześniejszą emeryturę), a żeby nadal cieszyć się finansową niezależnością wieczorami dodatkowo sprzedaję na internecie sex gadżety.

Zawsze chciałam to robić tylko trudno było mi to pogodzić z pracą na etacie.


Zanim jednak zacznę pisać kolejny rozdział swojej powieści, regularnie o godzinie 10tej dzwoni do mnie Dima, żeby zapytać jak się mam i co mi się śniło. Nie widzimy się rano, więc nie ma możliwości powiedzenia mi komplementu, nad czym głęboko ubolewam, bo bez komplementów po prostu usycham...

 

Kiedy byłam singielką nie miałam innego wyjścia i musiałam nauczyć się żyć bez komplementów, a jakiekolwiek deficyty w tej kwestii były zawsze uzupełniane przez mojego fryzjera. Mimo, że pomiędzy komplementami dochodziło do wymiany gotówki zawsze mu wierzyłam, kiedy mówił, że wyglądam kwitnąco, że chciałby się ze mną przespać, że powinnam dobrze się zastanowić czy na pewno chcę wyjść za Rodżera, czy to jest aby na pewno odpowiedni facet dla mnie, a w ogóle to dlaczego nie przyszłam najpierw do niego, bo on z przyjemnością by się ze mną ożenił i dlaczego znowu mam siano na głowie i czy Rodżer to akceptuje?


Ktoś powiedział kiedyś "uważaj o czym marzysz, bo marzenia się spełniają"... Potwierdzam, że to prawda bo jako dziecko marzyłam o tym, żeby mieć włosy jak lalka Barbie i to marzenie się spełniło, ale chyba nie do końca o taki efekt mi chodziło.

Mam suche włosy z tendencją do falowania, więc kiedy je rozpuszczę wyglądam właśnie jak lalka Barbie, jak Słomiany Jaś, jak Kevin Costner Tańczący z Wilkami, jak Braveheart Waleczne Serce:

 


 

 

 

Brakuje mi tylko konia.


Kiedyś nie przeszkadzało mi to wcale, niestety pewnego ranka, kiedy obudziłam się w łóżku z Dimitrim, on zorientował się, że trzyma w ramionach Słomianego Jasia i zapytał czy nie brakuje mi jakichś witamin, a ja poczułam się szczęśliwa, że mam przy swoim boku takiego uważnego mężczyznę i nie chciałabym przestać mu się podobać, więc teraz wszelkie czasochłonne zabiegi pielęgnacyjne są moim nowym hobby np. ostatnio znalazłam w internecie przepis na zdrowe i lśniące włosy, nazywa się "laminowanie włosów" i polega na tym, że na włosy nakładam odżywkę wymieszaną z żelatyną spożywczą...

Oprócz tego kąpię się też w cukrze, bo cukier doskonale nadaje się do peelingu...

 


Odważyłam się też i zaczęłam gotować, chcąc w ten sposób okazać mojemu mężowi miłość, troskę i staranie.


Kiedyś chciałam ugotować mu risotto, niestety niektóre rzeczy ugotowały się za wcześnie, inne za późno, jedne za bardzo (zapatrzyłam się w okno), inne za mało (mięso), straciłam na to całe przedsięwzięcie 3 godziny, zabrudziłam mnóstwo patelni, garnków i talerzy, a od tego całego gorąca otworzyły mi się pory, więc jak Dimitri przyszedł z pracy wyglądałam jakbym dopiero co wróciła od młocki, a kto jak kto, ale akurat on nie może ryzykować jedzenia niedogotowanego mięsa, ponieważ musi by dyspozycyjny 24 godziny na dobę, więc od tamtej pory stołuje się w koszarach i bardzo to sobie chwali.

 

 

Tak więc po rozmowie z mężem o godzinie 10tej zaczynam pisać swoją powieść, ale niestety za chwilę znowu rozdzwaniają się telefony...Dzwonią klienci z mojego małego biznesu na boku, a ja wiem, że będzie nieprzyjemnie, bo jeśli dzwonią to tylko z pretensjami: że nie działa, że nie pasuje, że mu się nie dopina i że nie do końca tak to miało wyglądać i czy nie mogłabym zaproponować mu czegoś o większej miąższości?

 

 

Wtedy tłumaczę, że ja zamawiam gotowy towar od hurtownika w Jankach i na tym tak naprawdę kończy się moja rola, prowadzę ten sklep dla swojej własnej przyjemności w przerwach między pisaniem powieści, żeby nie żyć tylko w świecie wyimaginowanym, ale dla odmiany skupić się też na czymś bardziej namacalnym i że może jak się pan lekko pochyli, to wtedy się panu domknie? A czy przy okazji nie chciałby pan zamówić sig-sauera P226, to wyjątkowa okazja, w przyszłym tygodniu będzie go można kupić tylko na ebay'u i to po znacznie zawyżonej cenie?


 

Wtedy on grzecznie odmawia i prosi o połączenie z konsultantem...od gadżetów...więc tłumaczę mu na nowo, że narazie nie zatrudniamy konsultantów, że "Pończoszka, strap-on i sex gadżety" to mały sklep internetowy i wcale mi nie zależy na większym obrocie i że jedyną osobą, z którą mogę pana połączyć jest mój mąż, a proszę mi wierzyć na słowo, nie chciałby pan rozmawiać o tym z Dimą, a już na pewno nie z Rodżerem i to powiedziawszy z hukiem rzucam słuchawkę.


Teraz mogę się spodziewać, że zacznie mi to wszystko odsyłać  i żądać zwrotu gotówki, a ja nie mam już nawet gdzie tego mieścić (początkowo cały asortyment trzymałam na desce do prasowania), niedługo będę musiała podnająć chyba jakiś magazyn albo zanieść to wszystko do schowka pod schodami, o ile Dima nie trzyma tam teraz swoich granatników.


Całe szczęście, że mój mąż nie słyszał tej rozmowy, bo gdyby wiedział, że tak się muszę użerać z klientami, na pewno od razu kazałby mi zamknąć ten cały kram, a i tak dobrze, że zgodził się na sex gadżety, bo tak naprawdę chcieliśmy razem z kotem aplikować na stanowisko pracowników cyrku obwoźnego (lubimy się przebierać, lubimy otaczać się żywymi, intensywnymi kolorami i dobrze czujemy się w towarzystwie klaunów), ale nie chciał, żebym często wyjeżdżała, poza tym moje przepukliny automatycznie dyskwalifikują mnie ze stanowiska kobiety gumy, a żadne inne nie jest tak naprawdę na miarę moich ambicji.


 

Oprócz gotowania postanowiłam też, że w końcu nauczę się prowadzić samochód (!!!). Wiem, że faceci uwielbiają kobiety, które dobrze prowadzą i na randkach prędzej czy później zawsze padało to pytanie: "a czy Ty masz prawo jazdy?" (całe szczęście, że nie muszę już chodzić na randki, moja siostra do dziś uważa, że tak długo byłam singielką, bo sabotowałam wszystkie randki, które mi zorganizowała, rozmawiając na nich o śmierci, o swoim podwyższonym cholesterolu, o tym, że lubię deszcz i nie lubię kiedy mi ginie długopis) tak więc zawsze odpowiadałam zgodnie z prawdą, że niestety nie prowadzę, że nie czuję się na siłach, że żeby prowadzić trzeba mieć jednak silne poczucie rzeczywistości, ale na szczęście mam drewnianego kota, który jest na tyle szarmancki, że zawsze jak chodzimy razem na imprezy to ja mogę pić i bawić się do woli, bo on zawsze wcześniej zaznacza, że będzie prowadził...


Wiem też, że wśród członków mojej rodziny krąży lista, na którą można się wpisać i figurować na niej jako osoba, która nigdy nie wsiądzie do samochodu, który ja będę prowadzić...Ostatnio mówiłam mojemu siostrzeńcowi, że jak ciocia zrobi prawko to będziemy razem jeździć na wycieczki "hen, hen daleko", ale nasze plany od razu popsuła moja siostra, która wyraźnie zaznaczyła, że w życiu nie da mi swojego dziecka do samochodu, chyba że po okresie próbnym (2 lata wożenia w foteliku ogromnego misia z zainstalowaną na jego głowie kamerką).


Podjęłam już pewne kroki w kierunku zrobienia prawa jazdy, a mianowicie kupiłam sobie brelok do kluczy:

 

 

Zdecydowałam też, że mój samochód będzie koloru żółtego.


Jeszcze nie wiem dokładnie jakiej marki, bo słabo się znam na samochodach, ale bardzo podoba mi się taki:

 

 

 

 

Trzecim krokiem jest ćwiczenie wspomnianej już przeze mnie techniki różowego balonika, polega to na tym, że po prostu prowadzę ten samochód w myślach...mijam pola, łąki, lasy, a kiedy wjeżdżam w teren zabudowany zawsze zwalniam, żeby móc sobie spokojnie pooglądać wiszące w oknach firanki...


Wieczorami gramy z Dimą w gry planszowe, a kiedy go nie ma, robię mu na drutach kominiarki.

 

09:24, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 10 września 2013

 

 

Dzisiaj po południu zabolał mnie ząb, a ja wiedziałam od razu, że ten ząb chce mi coś powiedzieć.


Zawsze kiedy zupełnie znienacka dopada mnie jakiś silny ból, wiem, że moje ciało pragnie mnie albo przed czymś przestrzec albo uświadomić mi coś, z czego nie do końca zdaję sobie jeszcze sprawę, bo moje ciało z reguły wie o pewnych rzeczach jakieś pół roku wcześniej niż mój świadomy umysł.


Jak zawsze w sytuacjach kryzysowych od razu zadzwoniłam do swojej siostry i powiedziałam, że bardzo boli mnie ząb i muszę natychmiast porozmawiać z psychologiem, bo wszystkie zęby mam zdrowe, niedawno wyleczone. Powiedziała, że mimo wszystko nie zaszkodzi, jeśli zęba najpierw obejrzy dentystka, a dopiero potem psycholog i że zawsze mogę zadzwonić do telefonu zaufania. "Bo właśnie po to jest".


Biorę więc proszki przeciwbólowe i zaczynam się zastanawiać co takiego chce mi powiedzieć mój ząb, jednak proszki nie pomagają, a ból nie pozwala mi się skupić, bo zagarnia następne zęby, więc kiedy w końcu docieram do dentystki, a ona pyta, który ząb mnie boli, odpowiadam zgodnie z prawdą, że boli mnie cała jama ustna w prawym górnym rogu.

 

 

 - Ale który ząb boli panią najbardziej?

 - Możemy zacząć od 5-tki albo 6-tki- przyznaję niechętnie, bo wiem, że to i tak do niczego nie zaprowadzi.

- Dziwne. Wyglądają na całkowicie zdrowe.

 

 

"Dla kogo dziwne to dziwne"  myślę z satysfakcją, bo wiem, że ona niczego tam nie znajdzie.



Wtedy pani wyjęła z szuflady jakieś metalowe szydełko i zaczęła nim ostukiwać z każdej strony 5-tkę i 6-tkę, co mnie bardzo bolało, a w co ona nie mogła uwierzyć, bo "to są dwa całkowicie zdrowe zęby" i "niemożliwe, że dwa bolą tak samo jednocześnie" i "musimy wybrać ten, który jednak boli bardziej", a ponieważ szydełkiem nie udało się tego ustalić, przyłożyła mi do zębów jakiś wacik pachnący denaturatem albo naftą albo rozpuszczalnikiem i kazała mi powiedzieć co czuję.

"Ból" - powiedziałam, co było złą odpowiedzią, bo jakoby powinnam czuć "zimno".


Potem wyjęła z szuflady jakiś szpikulec i bez znieczulenia zaczęła nim dźgać to w 5-tkę, to w 6-tkę, po czym stwierdziła z niedowierzaniem, że na coś się natknęła, że coś siedzi między moimi zębami i że trzeba to wyciągnąć, ale nitką się nie da, potrzebne jest coś o ostrym końcu, obie byłyśmy w szoku i bardzo podekscytowane i ciekawe co to może być, a ja chciałam zgadnąć co to jest zanim mi to pokaże,  więc się jej zapytałam czy jest to coś żywego i czy się rusza...


Dentystka zaczęła szarpać, a ja czułam jak powoli coś wyciąga i że jest to ostre, więc od razu pomyślałam, że musi to być pierścionek zaręczynowy, który ktoś mi włożył w ciastko, a ja go zeżarłam i nawet tego nie zauważyłam.


A może to ciastko było przeznaczone dla kogoś innego?


Okazało się jednak, że to wcale nie pierścionek tylko kawałek plomby odłączył się od reszty, po czym w jakiś tajemniczy sposób dostał się między szczeliny i zadomowił się między 5-tką i 6-tką, a ja niczego nieświadoma nosiłam takiego pasażera nie wiadomo ile, dopóki nie doszło do zapalenia...


A dlaczego doszło do zapalenia akurat dziś, a nie np. za 2 tygodnie?


Bo mój ząb chce mi dzisiaj coś powiedzieć, więc z większą uważnością obserwuję to, co się wydarza i nie podejmuję żadnych pochopnych decyzji.


 

Tematy powiązane:

konfikt wewnętrzny, a przepukliny

oko

 

01:08, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 20 maja 2013

 

 

 The state of the Web- spring 2013

 

 

Dokładnie 30 lat temu w dalekiej indiańskiej wiosce Tonga Wonga wśród błysków błyskawic i grzmotów piorunów przyszedł na świat psotny_wiatr.


Czy wyglądam na swoje 30 lat? Ostatnio pani w aptece zaproponowała mi krem nawilżający, dopiero jak wróciłam do domu zauważyłam, że jest na nim napisane 25+, a wcale nie poprosiła mnie o dowód, więc widocznie na twarzy jestem już lekko strupieszała...


Czy mam jakieś postanowienia na resztę swojego życia? Nawet nie obiecuję sobie, że będę uprawiać więcej sportu, już się nie łudzę...bo nawet idąc bardziej przyśpieszonym krokiem czuję jakby mi coś w piersiach rzęziło, więc podejrzewam, że zaszły już zmiany nieodwracalne... i moim pobratymcom ze wsi Tonga Wonga na pewno by się to nie spodobało.


Zamiast sportu w wolnych chwilach dokarmiam więc ptaki, uczę się robić na drutach i myślę o założeniu zielnika, z chwilą jego założenia moje życie definitywnie stanie się nieprzerwanym pasmem samych przyjemności...Nigdy nie sądziłam, że to się stanie tak szybko.


Dodatkowo uczę się również sztuki medytacji, a ponieważ siedzenie po turecku dłużej niż 12 godzin źle działa na mój kręgosłup, medytuję na leżąco i robię wszystko, żeby zazen (medytacja) nie zamieniła się w hsiu shi (drzemkę). Mój rekord to 25 minut, ale czuję, że będzie coraz lepiej.


Oczywiście spotyka się to z niezrozumieniem ze strony z moich bliskich, którzy pytają czy nie mogłabym w ramach medytacji np. umyć okien albo odmrozić lodówki, więc tłumaczę im, że całkowicie mylą pojęcia i że wschodnia tradycja taoistyczna już od dawna uznaje bezczynność za ścieżkę duchową i dla potwierdzenia moich słów cytuję im twórcę taoizmu Lao Tzu:



"W świecie nie ma niczego, co można by porównać z nauką ciszy i korzyścią nieczynienia"

"Zajmij się nierobieniem niczego, usiłuj nic nie usiłować "

"Nie rób nic, a wszystko będzie zrobione"

"Gdzie pajęczyny, tam ładne dziewczyny"


(Lao Tzu "Księga dao i de")



Nie da się ukryć, że nadal nie mam męża, nie mam konkubenta, wszystkie swoje uczucia lokuję w kocie, ale może to się wkrótce zmieni, bo po pierwsze nadeszła pierwsza oferta na wystawiony przeze mnie anons (!) i wszystkie odpowiedzi zgadzają się z wcześniej przygotowanym przeze mnie kluczem (!!), po drugie jakieś pół roku temu zalogowałam się na forum turystycznym, o czym zupełnie zapomniałam, więc bardzo się zdziwiłam, kiedy jakieś 2 tygodnie temu dostałam email od mężczyzny, który napisał, że jest Japończykiem, że mieszka w Warszawie, że prowadzi tam swój sushi biznes, że lubi poznawać nowych ludzi i chciałby się wymienić swoimi turystycznymi "experiences" i może ja czuję tak samo? Dodał, że mówi trochę po polsku, a tak się szczęśliwie składa, że ja (o czym nie każdy wie) również potrafię powiedzieć coś po japońsku: Kamui Kobayashi, karaoke i Noriaki Kasai.


Nie wiem jeszcze czy się z nim spotkam, a jeśli tak, to jedno jest pewne: spotkanie odbędzie się w miejscu publicznym i dobrze oświetlonym, a ja (jak na każde spotkanie z nieznajomym mężczyzną) udam się na nie uzbrojona w ręczny miotacz gazu obezwładniającego:

 

 

 

 

 

 

Bardzo łatwo pomylić go z długopisem, co jest w zasadzie jego zaletą, ale uczulam, żeby nie trzymać go np. na stoliku nocnym, bo oczywiście jest to broń obosieczna, wystarczy chwila nieuwagi i miotacz mógłby się obrócić przeciwko nam...


ps. jak widać jest już troszkę pościerany od mojego kurczowego zaciskania na nim moich piąstek...

 

18:30, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (7) »
środa, 17 kwietnia 2013

 

"'Halo, halo!

Tutaj ptasie radio w brzozowym gaju"

 

 

* UWAGA:


 poniższe zdjęcie zawiera treść drastyczną...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Połeć słoniny kroimy na drobne kawałki i nawlekamy je na sznurki, a następnie zawieszamy na cienkich (!) gałązkach. W przeciwnym razie słonina może paść ofiarą kota, który wdrapie się po grubej gałęzi (i nie mam tutaj na myśli własnego kota...).


 

 

 

Niestety na zdjęciach nie ma żadnej dokarmianej przeze mnie sikorki, bo ilekroć pojawiałam się w oknie odfruwały w popłochu... Proszę jednak uwierzyć mi na słowo, że na każdym kawałku siedziało ich czasem po 5 albo nawet 6 sztuk. Widziano również sójkę, 2 szpaki i dzięcioła.


Do czego jednak zmierzam: byłam bardzo szczęśliwa dokarmiając to ptactwo jednak nie mogę do końca pogodzić się z tym, że jak tylko zawitała wiosna, żadne z nich nie zjawiło się na tym drzewie ponownie, mimo, iż to mięso nadal tam wisiało...


 

" o ile dotkliwiej,

Niż ukąszenie zjadliwego gadu

Boli niewdzięczność dziecka!"

 


20:52, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (6) »
czwartek, 20 grudnia 2012

 

Podsumowanie roku


 

 

Największe odkrycie roku 2012: moment, w którym uświadomiłam sobie, że w poprzednim wcieleniu najprawdopodobniej byłam gęsiarką:


 

 

 

W nadchodzącym roku zrobię wszystko, żeby zbliżyć się do takiego modelu życia. Chciałabym żyć w rytmie pór roku, prowadzić swój monolog wewnętrzny bez obaw, że ktoś będzie mnie rozpraszał (oczywiście w swoich rozmyślaniach nie byłabym całkowicie bezczynna: do moich zadań należałoby przecież baczne śledzenie całego horyzontu, ażeby w porę wypatrzeć zbliżające się niebezpieczeństwo np. w postaci lisa), a przede wszystkim ograniczyłabym liczbę ludzi, z którymi teraz chcąc nie chcąc muszę współpracować.

Kiedy zostanę gęsiarką mój profesjonalny networking będzie ograniczał się do albańskiego świniopasa.

 

 

 

Jeżeli chodzi o stan mojego zdrowia, to od jakiegoś czasu zarysowuje się u mnie jabłko Adama:


 

 

 

Znajomy powiedział mi, że może to być również nadczynność tarczycy, ale nie był pewny do końca, bo tarczycy towarzyszy zazwyczaj charakterystyczny wytrzeszcz.

Mijający rok przyniósł mi przepukliny, (nie wspominając o tym, że o mało nie wypaliłam sobie oka), być może następny przyniesie mi wytrzeszcz.

 

 

Jeżeli chodzi o moje życie uczuciowe to muszę przyznać, że ostatnio moje serce na chwilę zadrżało, ponieważ pewien mężczyzna zagadnął mnie na ulicy i zapytał, czy przypadkiem nie jestem baletnicą albo czy trenuję jakiś sport, ponieważ patrzył jak przechodziłam i pomyślał, że takim krokiem to może chodzić tylko tancerka albo kobieta aktywnie uprawiająca sport...(moim zdaniem jest jeszcze trzecia opcja: 15 stopni mrozu). Powiedziałam, że nie jestem baletnicą i z tym sportem to też raczej nie bardzo...

Nie powiedziałam, że jeśli chodzi o sport to nic bardziej mylnego i że większość swojego czasu spędzam w swojej głowie, podziękowałam tylko za komplement i tak jak się domyślałam, nie zatrzymał mnie tylko po to, żeby się podzielić swoim spostrzeżeniem, ale zapytał również czy może mnie kiedyś zaprosić na kawę, zgodziłam się i dałam mu swój numer telefonu, chociaż moja intuicja już teraz mówi mi, że nie jesteśmy z tej samej planety.

 

Zbliżają się kolejne święta, ten szczególny czas, kiedy wzajemnie się obdarowujemy.

Na wypadek gdyby ktoś bardzo pragnął podarować mi prezent, przygotowałam specjalną listę, tzw. wish list na której umieściłam kilka książek na temat psychopatologii życia codziennego, jak również kilka elementów gospodarstwa domowego.

 

Listę można zobaczyć tutaj .

 

 

 p.s. obraz "Gęsiarka" by Józef Rapacki

 

 

22:33, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 19 listopada 2012

 

 

Usuwanie plam uwrażliwia


 

W przygotowaniu do nowego sezonu oddałam swoją zimową kurtkę w kolorze jasny beż do pralni.

Kiedy ją odbierałam była tak czysta i lśniąca, że pomyślałam, że najchętniej w ogóle bym jej nie zakładała tylko powiesiła w szafie dla ozdoby i wyjmowała tylko wtedy, kiedy miałabym w domu gości...

Kiedy jednak zrobiło się zimno, a ja nie miałam co na siebie włożyć, bardzo szybko pogodziłam się z tym, że przemijanie dotyczy nas wszystkich i jakiekolwiek próby udowodnienia, że tak nie jest, są tylko samooszukiwaniem się...


Kilka dni temu spacerując po mieście zapragnęłam kupić  sobie pączka o smaku adwokat. Zjadłam pączka i wyrzuciłam torebkę do kosza. Niedługo potem sięgając po coś do torebki zorientowałam się, że cały przód mojej kurtki jest wyciapany kremem z pączka...

 

Szok

"To się nie dzieje naprawdę", "to mi się chyba śni".

 

Zaprzeczanie

"Niemożliwe, że to się stało przy mnie", "nie mam z tym nic wspólnego", "nie tak miało wyglądać moje życie", "jak to jest w ogóle możliwe, żeby taki mały pączek tak mi urządził kurtkę?"

Bo to nie były małe plamki, ledwie widoczne gołym okiem. Były to 3 ogromne plamy o średnicy co najmniej 5 cm każda, które pulsowały i nie przestawały się rozrastać zagarniając coraz większe połacie mojej kurtki, kiedy na nie patrzyłam.

 

Gniew

"Przecież dopiero co wydałam pieniądze na pralnię!", "dlaczego akurat mnie zawsze coś takiego spotyka?", "dlaczego akurat dzisiaj miałam ochotę na pączka?", "kiedy moje życie zmieni się na lepsze?"

 

Akceptacja

Zaczęłam szukać w torebce chusteczki i wtedy zobaczyłam sprawcę: otóż okazało się, że krem najpierw skapnął mi na torebkę, a że noszę ją na nadgarstku jedząc pączka podnosiłam ją w górę i w dół systematycznie rozprowadzając krem na całym przodzie kurtki.

 

 

Kiedy przyszłam do domu, od razu usiadłam przy komputerze i zaczęłam robić research: najpierw wpisałam: "jak usunąć plamę z pączka?", ponieważ nie dostałam żadnych odpowiedzi sprecyzowałam swoje zapytanie do: "jak usunąć plamę z kremu z pączka?" ponieważ nadal nie dostawałam żadnych wskazówek wpisałam tylko: "jak usunąć plamę z kremu?" ale wtedy wyskoczyło mi tylko, co robić jeśli plamy są z kosmetyków, więc resztkami cierpliwości wpisałam: "jak usunąć plamę z ucieru jajecznego?". Niestety nie dostałam żadnej odpowiedzi, ale od popadnięcia w histerię uchronił mnie jeden post, który uzmysłowił mi jak wielką jestem szczęściarą, że martwię się plamą z ucieru jajecznego, podczas gdy wokół mnie są ludzie, którzy naprawdę cierpią:

 

 

 

22:27, psotny_wiatr , dzień z życia
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3