stat4u
piątek, 13 września 2013

 

 

 

 

Oto najmłodsza czytelniczka bloga - Pola, dumająca nad jedną z moich ostatnich notek.


O ile mi wiadomo, jeszcze nie  komentuje, a bardzo szkoda, nie mogę się już doczekać kiedy zacznie i podzieli się z nami swoim świeżym spojrzeniem na przynajmniej niektóre z poruszanych na blogu kwestii.


Jak widać, tak jak jej ciocia, cierpi na chlorozę (choroba, która zazwyczaj dotyka liście -wskutek zaniku chlorofilu rozpadają się chloroplasty i liście tracą swój naturalny kolor - u kobiet chloroza objawia się charakterystyczną bladością i znacznie podwyższoną męczliwością, dlatego zalecane są długie okresy wypoczynku i praca nad oddechem w pozycji leżącej najlepiej na miękko wyściełanej otomanie).

 

 

Dwa miesiące temu Pola hucznie obchodziła swoje pierwsze urodziny:


 

 

 

W sumie tego wieczoru świeczka była zdmuchiwana 3 razy: najpierw przez Polę, potem przez jej dwuipółrocznego kuzyna, a potem przez ich 30-letnią ciocię, która bardzo chciała to zrobić w ramach regularnych ćwiczeń zabawiania swojego Wewnętrznego Dziecka.

 

W czasie przyjęcia serwowano dania gorące i "na zimno".

Niemałe poruszenie nastąpiło w momencie, kiedy na stole pojawiła się kaszanka, zjedzenia której kategorycznie odmówiła 30-letnia ciocia, twierdząc, że nie wyobraża sobie, że mogłaby teraz zjeść kaszankę, a potem ćwiczyć osiąganie stanu Shikantaza (bycie pełną jaźnią) co miała zaplanowane na dalszą część wieczoru.

 

 

Drogiej Jubilatce w imieniu swoim, Kota i wszystkich czytelników życzę wszystkiego najlepszego.

 

 

p.s. mój blog jest jeszcze całkowicie nieznany (35 fanów na facebook'u), więc jeśli jestem gdzieś zapraszana mam spore szanse siedzieć przy stole totalnie incognito, jednak w tym wypadku nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ciągle słyszę poszepty:

 

 

"to ta od tego drewnianego kota", "drewnianego? myślałem, że on jest ze szmaty", "ze szmaty ma tylko łeb..."


 

17:21, psotny_wiatr , notka z dedykacją
Link
środa, 11 września 2013

 

 

Jakieś pół roku temu moja siostra stręczycielka poprosiła mnie, abym pod jej nieobecność zaopiekowała się jej dzieckiem, dla którego jestem ciocią, a który dla mnie jest siostrzeńcem.

 

Bardzo mi zależało na tym, aby wypaść wzorowo w roli cioci i wykorzystując najlepsze cechy swojej neurotycznej osobowości zapewnić mu dobrą i serdeczną opiekę w nauce i zabawie.

 

Tak jak przypuszczaliśmy większość danego nam czasu po prostu przespał, co nie znaczy, że miałam wtedy czas dla siebie, ponieważ średnio co 3 minuty sprawdzałam czy wszystko jest w porządku i czy oddycha (możemy to sprawdzić przykładając do ust dziecka lusterko, kartkę papieru lub piórko).


Innym powodem do ciągłego niepokoju był fakt, że nigdy wcześniej nie zmieniałam pieluchy...


Zrobienie kupy to jak na razie jedyny obowiązek jaki widnieje w jego grafiku i jak pokazuje życie nawet z tym nie zawsze się wyrabia (poprzedniego dnia nie wyrobił się), tak więc realna groźba, że nastąpi to akurat tego dnia zatruwała mi chwile szczęścia wisząc nade mną niczym miecz Damoklesa.


Ażeby mnie przed tym uchronić, moja siostra z samego rana uraczyła bobasa gruszkami ze słoiczka, które miały zaingerować w naturalny porządek rzeczy i przyspieszyć bieg wydarzeń, jednak tak się nie stało, oczekiwana przesyłka miała więc być podwójna i płynna.


Kiedy się przebudził po popołudniowej drzemce, oglądaliśmy razem filmiki na you tube.

Na chwilę obecną mój siostrzeniec jest jedynym mężczyzną w moim życiu, któremu pozwoliłam zagarnąć tak dużo z mojego pilnie strzeżonego "my space".

 

Dlatego na mojej playliście na you tube widnieją takie pozycje jak:

 

- traktor przewożący kamień

- pożar lawety Piórków 12.12.12.

- Świnka Pepa

- Ciekawski George

- Pies Marta

 

Dodatkowo obejrzeliśmy już chyba wszystkie filmiki ze strażą pożarną, śmieciarką, betoniarką, walcem, koparką, kiprem, wywrotką i pługopiaskarką.


Poza tym, nigdy bym nie pomyślała, że token do banku doskonale sprawdzi się również jako gryzak...

Nie przeszkadza mi wcale, że wyjada moje jogurty, bo przecież dziecko ciągle rośnie i potrzebuje wapnia.

Kiedyś kupiłam sobie piękne, laminowane karty z mądrymi sentencjami, żeby je sobie powtarzać w czasie medytacji, niedługo potem zauważam, że ktoś zatopił w nich swoje ząbki, a jeśli ząbki ma się cztery w rozstawie dwa na górze, dwa na dole, nietrudno wskazać sprawcę.

W kącie pokoju znajduję stosik swoich ołówków...połamanych na pół...

Biorę swoje pędzle do makijażu i widzę, że są wyciapane jakimś granatowym cieniem z dodatkiem brokatu, zresztą za upaćkane pędzle mogę mieć pretensje tylko do siebie, bo sama mu je pokazałam, uczyłam go jak je odróżniać i którym się nakłada puder, a którym róż, a potem ćwiczyliśmy robienie makijażu na lalce Zuzi, co wcale nie było łatwe, bo Zuzia ma opadającą powiekę, a jak wiadomo umalowanie opadającej powieki wymaga szczególnych umiejętności.


Niestety przyłapał nas na tym jego tata i się wściekł, po czym w trybie natychmiastowym wprowadził embargo na:

 

- nauki makijażu

- przymierzanie moich pierścionków

- oglądanie bajek z Barbie i różowymi konikami pony

- pokazywanie mu mojego kota Dzidka do czasu kiedy będzie pełnoletni i będzie w stanie to zrozumieć albo przynajmniej postara się zrozumieć

- czytanie mu bajek z epoki wiktoriańskiej ("Piotruś Rozczochraniec" Heinricha Hoffmanna)

 

 

np. o Juleczku, któremu mama zabroniła ssać palec, a kiedy wyszła po ciasteczka, on wbrew zakazowi:


 

"myk do buzi duży palec!

Wtem ktoś z trzaskiem drzwi otwiera,

Wpada krawiec jak pantera,

Nożycami w lewo, w prawo

Uciął palec jeden, drugi,

Aż krew poszła we dwie strugi."

 

 

albo o Michałku, który nie chciał jeść zupy:


 

"W czwartym dniu Michaś wychudł jak nitka,

W piątym coś w piersiach i gardle dusi,

Kto nie je zupy, ten umrzeć musi.

Tak też z Michasiem: był zdrów i tłusty,

Pięć dni grymasił, umarł na szósty."

 

 

Tak więc tego dnia mieliśmy już troszkę okrojone opcje, ale i tak daliśmy sobie świetnie radę i bawiliśmy się wyśmienicie do momentu, w którym poczułam unoszący się w powietrzu specyficzny swąd. Słowo stało się ciałem.

 

Tak jak suseł wyczuwający zbliżające się niebezpieczeństwo zamarłam w pozycji wyprostowanej - stanęłam tzw. "słupkiem" i w momencie wiedziałam, że (tak jak z psami) przede wszystkim nie mogę okazywać strachu, dodatkowo uruchomił się we mnie jakiś inny behawior obronny, bo moje receptory przestały cokolwiek rejestrować, nic nie czułam, nic nie słyszałam, kontury rozmyły się, a ja powoli i automatycznie wykonywałam serię ruchów...


Tak jakby z oddali słyszałam tylko swój głos, który starał się zająć jego uwagę i komentował coś, co akurat leciało w telewizji, żeby nie wymachiwał w powietrzu rączkami i nie zbliżał ich do strefy Ground Zero.


253 nawilżone chusteczki później stwierdziłam, że nie ma szans, żebyśmy obeszli się bez szlauchu, dlatego zaniosłam go do wanny ciągle mu coś opowiadając i próbując go uspokoić, żeby tylko nie wpadł w panikę i nie zaczął płakać i wrzaskać, bo wtedy ja najprawdopodobniej zrobiłabym to samo.

 

Potem siostra pytała się: "jak było? Nic? Musiałaś przecież coś widzieć, czuć. Nie wymagam zbyt wiele: kolor i konsystencja, tylko to mnie interesuje. Nie mogłaś przecież nie zauważyć...Przypomnij sobie...".


I wtedy jak przez mgłę zaczęły powracać do mnie te wszystkie obrazy i "owszem" - powiedziałam, "widziałam zieleń, widziałam brąz, widziałam nawet złoto".

 

 

23:06, psotny_wiatr , notka z dedykacją
Link
wtorek, 10 września 2013

 

 

Stręczycielka

 

 

W nawiązaniu do wczorajszego tekstu o zębach, chorobach ciała i zaręczynowym pierścionku dzisiaj napiszę parę słów o mojej siostrze, która jest już mężatką i ma już prawie 3letnie dziecko i to właśnie ona, najbardziej ze wszystkich nie pozwala mi zapomnieć, że jestem singielką, a przecież wcale nie musi tak być i dobrze by było gdyby jej dziecko miało się z kim bawić, a właśnie ja jestem następna w kolejności itd.


Dlatego też jeśli w jej życiu zawodowym czy prywatnym pojawi się jakiś miły i przystojny mężczyzna, który przypadkiem jest wolny i nieważne czy ten mężczyzna jest policjantem, ochroniarzem, nauczycielem informatyki czy po prostu spisuje stan jej wodomierzy, ona nigdy nie przepuści okazji, by skierować jego uwagę na moją skromną osobę, a jeśli tak się składa, że mężczyzna taki potrafi pisać i czytać, pokazuje mu również najlepsze fragmenty bloga.

 

Wyobraźmy więc sobie taką scenkę rodzajową, która zdarzyła się naprawdę w maju zeszłego roku.

 

Odczuwając silny ból kręgosłupa idę do lekarza, który zleca wykonanie Rentgena, a że zdjęcia nic nie pokazują każe mi zrobić badanie rezonansem magnetycznym.


Udaję się więc na badanie, leżę plackiem w samej bieliźnie, pan operator zakłada mi słuchawki na uszy, żeby zniwelować hałas, a mały, okrągły statek kosmiczny krąży nade mną przygotowując się do lądowania na moim brzuchu.


Potem ubieram się i z duszą na ramieniu czekam ok. 15 minut na opisanie badania.


4 pacierze później dostaję opis, płacę i z gracją opuszczam klinikę, po czym udaję się na winkiel, siadam na murku, gdzie nikt mnie nie widzi i mówię sobie, że cokolwiek jest tam napisane, wszystko będzie dobrze i jakoś się ułoży. Mam szczęście, że dożyłam swoich 29 lat, a jeszcze większe szczęście, że w ogóle przyszłam na świat... "Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają" itd.

 

Wreszcie zdobywam się na odwagę, wyjmuję opis badania z koperty i czytam:

 

 

Uwypuklina krążka międzykręgowego na poziomie L2/L3.

Uwypuklina krążka międzykręgowego na poziomie L3/L4.

Uwypuklina krążka międzykręgowego na poziomie L4/L5.

Uwypuklina krążka międzykręgowego na poziomie L5/S1.

 

 

Czy to możliwe, żeby w takim gabinecie i przy opisie takiego badania zacięła się im drukarka?- myślę sobie.

 

 Czytam dalej, a potem widzę to:

 

Guzki Schmorla na poziomach L2/L3, L3/L4.

 

Jest to naukowa nazwa moich przepuklin, ale wtedy oczywiście jeszcze tego nie wiedziałam, więc w momencie uświadomiłam sobie, że umieram i rzeczywiście schodzę ze sceny, prawdę mówiąc podświadomie czułam to już od dawna, a teraz wreszcie mam to na piśmie.

Guzki i 4 uwypukliny...zastanawiam się czy to nie cud, że ja w ogóle jeszcze chodzę? Może powinnam zawiadomić Watykan? I kim w ogóle był Schmorl? Czy to przypadkiem nie on wynalazł wózek inwalidzki?


Wyjmuję telefon i wpisuję w wyszukiwarkę "guzki Schmorla forum" czując, że za chwilę wybuchnę płaczem i będę tam siedzieć i beczeć jak koza...Wynik powoli ładuje się, ale nagle dzwoni do mnie moja siostra, a ja w momencie odczuwam ogromną ulgę, bo jej to wszystko opowiem, bo mi zaraz powie, że opisy zawsze wyglądają groźnie i trzeba poczekać co powie lekarz i żebym tylko nie wchodziła na żadne fora w internecie...

 

Odbieram więc i oto co słyszę:

 

"słuchaj, jest tutaj taki facet i mówi, że nie ma z kim iść na wesele, mi się nie podoba, ale może być w twoim typie. poszłabyś?"


 

p.s.

ostatnia randka, na którą poszłam z jej znajomym z pracy zakończyła się 3 spotkaniami, po czym on bez słowa wyjaśnienia przestał do mnie dzwonić i pisać smsy...Naprawdę nie wiedziałam w którym momencie popełniłam błąd. Dopiero miesiąc później dowiedziałam się (od mojej siostry), że on jednak szuka ŻONY...co moja siostra dodatkowo skwitowała:


"jeśli chcesz poznać normalnego i odpowiedzialnego mężczyznę i nie umrzeć starą panną, będziesz musiała nad sobą jednak jeszcze trochę popracować".


wtorek, 06 listopada 2012

 

 

 

Poznajcie moją nową przyjaciółkę Fifi

 

poniedziałek, 30 stycznia 2012

 

 

 

O stroszeniu koafiury

 

 

Tak jak inni utrzymują, iż wskazanym jest posiadanie jednego stałego spowiednika, ja uważam, iż to samo tyczy się naszego fryzjera.

 

Droga, którą przebyłam zanim trafiłam na tego właściwego była długa: dziesiątki fryzjerek i fryzjerów, każdy z inną wizją, inną teorią i innym pomysłem . Jedyne w czym wszyscy się zgadzali to, to że "nigdy tak naprawdę nie można przewidzieć jak ten kolor wyjdzie na twoich włosach" kiedy im mówiłam jak mają mnie ufarbować.

 

Nierzadko przychodziłam do nich z gotową wizją, jednak mimo, iż dokładnie starałam się wyartykułować o co mi chodzi, w czasie naszej wspólnej odysei fryzjer albo popełniał błąd, albo postanawiał pójść własną drogą, bo efekt końcowy,a moja wizja miały ze sobą mało wspólnego. Czasami wątpiłam nawet, czy dane im było zobaczyć się chociaż w przelocie...


Skoro dialog nie pomagał, myślałam, że może będzie lepiej jeśli pokażę palcem. Przynosiłam więc zdjęcia, wycinki, gazety, plakaty i sztalugi, ale wtedy słyszałam:

"To tylko zdjęcie. Na tym zdjęciu jest przecież ktoś inny. Ciebie nie ma na tym zdjęciu".

Po czym dodawali: "poza tym nigdy tak naprawdę nie można przewidzieć jak ten kolor wyjdzie na twoich włosach".


Kiedy już prawie całkowicie straciłam nadzieję, zaczęły do mnie dochodzić słuchy, iż jest KTOŚ, kto może mi pomóc: "bardzo dobry", "nigdy się nie myli", "będziesz zadowolona", "kosztuje milion dolarów, ale naprawdę warto".


Ci, którzy już u niego byli, mówili jednym głosem:  "jeśli nie on, to nikt".


Troszkę się zasępiłam, ponieważ akurat w tym momencie nie dysponowałam wolnym milionem (nie da się ukryć, iż w Warszawie raczej trudno utrzymać się z wróżenia z kota) wiedziałam jednak, że te pieniądze po prostu muszą się znaleźć. 


Po starannych kalkulacjach udało mi się zaoszczędzić odpowiednią sumę, postanowiłam więc zadzwonić i się umówić.


"Pierwszy wolny termin za 3 miesiące" - usłyszałam. 

"Proszę zapisać" - powiedziałam z trudem ukrywając podniecenie.

Czekać 3 miesiące na wizytę u fryzjera? W życiu nie czułam się bardziej glamour, a jego postać nabrała w moich oczach iście mitycznych rozmiarów...


Tymczasem życie zaczęło toczyć się swoim normalnym torem. Wstawałam rano, udawałam się na zakład, wracałam do domu i szłam spać. Nadeszła jesień, liście na drzewach nabrały złotych odcieni, a dni stawały się coraz krótsze. Czas mijał, w końcu opadły złote liście, przyszła zima i pierwsze mrozy. Sięgające już prawie 5cm odrosty na mojej głowie powoli zaczynały przypominać ptasie gniazdo. Ludzie na ulicach zatrzymywali się i dawali mi pieniądze sądząc, że jestem bezdomna.


W końcu nadszedł dzień mojej wizyty u NIEGO. Znajomi próbowali mnie ostrzec: "czasami bywa niemiły" i "jeśli coś mu się w tobie nie spodoba, powie to od razu", a widząc strach i przerażenie w moich oczach dodawali: "pamiętaj, że najlepszą obroną jest atak".


Przygotowana na najgorsze zapukałam do jego drzwi, a kiedy weszłam do środka byłam przekonana, że w tym momencie umarłam i trafiłam do nieba. Dokładnie tak, od zawsze wyobrażałam sobie niebo: dużo, dużo światła i złota. Dziesiątki, jeśli nie setki luster i lusterek oprawionych w złote ramy, a na samym środku wanna z kości słoniowej i dwa pozłacane kurki (byłam pewna, że jeśli tylko je odkręcę zacznie z nich płynąć francuski szampan).

 

Ponieważ nie chciałam "drażnić lwa" bardzo starałam się nie spóźnić, przyszłam więc kilka minut wcześniej, a ON zapytał MNIE, czy mógłby jeszcze spalić fajkę. (!) 

W tym momencie zapragnęłam opowiedzieć mu historię o spadających liściach, powstrzymałam sie jednak i powiedziałam tylko: "jasne, nie ma problemu, mogę zaczekać".


Usiadłam na brzeżku szafirowej otomany, która najprawdopodobniej należała wcześniej  do Ludwika XIV i zaczęłam czekać na pozytywny rozwój wydarzeń.


Kiedy zapytał czy mam jakiś pomysł, powiedziałam, że może "bob", bo "jedyną zaletą moich włosów jest to, że jest ich dużo"? (to zdanie padło z moich ust trzy razy)


Spojrzał na mnie i powiedział, że powinny być krótkie.


Zestresowałam się, gdyż bardzo nie chciałam, ażeby jeden jego ruch nożyczkami, oznaczał, iż:


a) stracę 80% swojego czaru

b) na co najmniej pół roku zostanę wyeliminowana z życia towarzyskiego

c) będę wyglądać jak mężczyzna 

 

Ostatecznie postanowiłam mu jednak zaufać i przystałam na te krótkie, a im bardziej zbliżaliśmy sie do końca, tym bardziej mi się podobały.

 

 

 

 

 

Tyle w kwestii tego, iż "jedyną zaletą moich włosów jest to, że jest ich dużo"..."Teraz będziesz miała normalną ilość włosów" usłyszałam...

Mimo wszystko na odchodne przyznałam, że jednak mi trochę szkoda moich długich włosów, co skwitował:

"Przecież ty miałaś na tej głowie siano, a nie długie włosy" dzięki czemu dał się również poznać jako zwolennik prawdy historycznej.

 

 

Imię i numer telefonu Maestro do wglądu w redakcji, pierwszy wolny termin w maju :)

 


niedziela, 20 listopada 2011

 

 

 

Jak skutecznie obronić się przed panem z gazowni?

 

 

 

Kilka dni temu, kiedy siedziałam sama w domu, zadzwonił ktoś do drzwi. Spodziewając się kuriera z przesyłką pobieżyłam czym prędzej, aby mu otworzyć. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy w drzwiach stał nikt inny tylko pan z gazowni w zielonych ogrodniczkach i skrzyneczką narzędzi.

 

"Dzień dobry. Ja od gazu. Przeprowadzamy inspekcję" stwierdził.


"Na pewno?" zapytałam. Pan albo udawał, albo najwyraźniej nie zrozumiał pytania.

 

 

Bardzo mi zależy, aby wiernie oddać powagę sytuacji. Czy będąc sama w domu w biały dzień mogę wpuścić do mieszkania obcego mężczyznę z pudełkiem w którym spokojnie zmieściłaby się średnich rozmiarów siekiera?


Oczami wyobraźni widziałam już nagłówki gazet :"tragedia na warszawskim Ursynowie", "młoda kobieta ofiarą mordercy w przebraniu", "czy musiało dojść do tej tragedii?" "bestialstwo"...


oraz wypowiedzi moich sąsiadów : "to była spokojna, normalna dziewczyna", "nie urządzała żadnych burd", "nie zdarzyła się sytuacja, żeby nie powiedziała dzień dobry", "będzie nam jej bardzo brakować", "tak owszem, swego czasu przychodził do niej jakiś mężczyzna, ale od kilku tygodni już się nie pokazuje".

 


Rozsądek podpowiadał, że nie, absolutnie nie mogę tego zrobić, ale z drugiej strony bardzo chciałam wiedzieć czy z moim z gazem wszystko w porządku...przecież ten pan przyszedł tutaj dla mojego własnego dobra...Sami widzicie więc, że był to wybór między tym, co podpowiada serce, a tym, co sugeruje rozum.


 

Pan od gazu wyczuł chyba moje wątpliwości (to, że całą sobą blokowałam mu wejście do mojego domostwa mogło stanowić pewne ułatwienie) pośpieszył więc z zapewnieniem, że na dole wisi ogłoszenie uprzedzające o jego wizycie.


 

Myli się jednak ten, kto sądzi, że jakiś świstek rozwiał w tym momencie wszelkie moje wątpliwości."Nie ze mną te numery Bruner"...Wątpliwości zostały. Została też otoczka tajemnicy towarzysząca temu panu.

 

 

 

Wiedziałam, że skoro nie mogę opierać się na absolutnie żadnych racjonalnych przesłankach, jedynym wyjściem z tej niezręcznej sytuacji jest szybkie i skuteczne rozpoznanie  z jakim człowiekiem mamy tak naprawdę do czynienia.


Jak to zrobić?


Cóż, wypytywanie stojącego w drzwiach pracownika gazowni o jego plany i marzenia może okazać się kłopotliwe dla każdej ze stron.


 

Jedyne co możemy w tej sytuacji zrobić, to zorientować się jakiego koloru jest jego aura....


Ponieważ w ten sposób doświadczamy czegoś transcendentnego, czegoś co przynależy do sfery czysto duchowej, musimy podejść do tego zadania z otwartym umysłem cały czas pamiętając, że tak naprawdę tylko spokój może nas uratować.

 

 

 Jeśli wyczujemy więc, że aura tego pana mieni się kolorami jasnymi (pozytywna energia, serdeczność, współczucie, umiłowanie przyrody) śmiało możemy go do siebie zaprosić, jeśli natomiast wyczuwamy kolory ciemne i brudne (np. brąz-zaprzeczenie duchowości, szary - złość i strapienie, zgaszona musztarda-nieczyste intencje) wtedy grzecznie, aczkolwiek stanowczo odmawiamy (ważne, żeby nie przyjmować postawy defensywnej i nie wdawać się w żadne wyjaśnienia, pamiętaj, że pan z gazowni nie musi cię rozumieć).

 

 

Na szczęście tego dnia i w tym konkretnym przypadku pan dysponował paletą jasnych odcieni spokojnie udaliśmy się więc do kuchni, gdzie od razu zaczął sprawdzać zawory gazu. Mimo, że nadal wyczuwałam wszystkiego jego kolory, wyczułam również, że w tym momencie chciał zostać sam.

 


Uszanowałam to, jednak nie straciłam nic ze swojej początkowej czujności i nie pozostawiłam dalszego biegu zdarzeń losowi. Otóż w tym momencie zastosowałam tzw. widzenie peryferyjne (kompetencja adaptacyjna niezwykle ważna w toku ewolucji- pomagała stosunkowo szybko dostrzegać drapieżników, które miały w zwyczaju zachodzić cię z boku).


W ten sposób udając, że segreguję pocztę miałam go nadal w swoim polu widzenia, a niektóre koperty zaczęłam otwierać kuchennym nożem (tak na wszelki wypadek).

 

 

Ostatecznie pan okazał się człowiekiem bardzo miłym, aczkolwiek nader skrytym.


Z gazem wszystko w porządku. Serdecznie zapraszamy za rok :)

 

 


środa, 29 grudnia 2010

Notka z dedykacją

 


W tym roku w moim domu rodzinnym św. Mikołaj wszystkich nas bardzo zaskoczył i zresztą nie ma się co dziwić.

Sami bylibyście pewnie zdziwieni, gdybyście odkryli pod choinką taką oto niespodziankę:

 

 

 


Na początku myśleliśmy, że jest to aniołek, który po prostu zabłądził w drodze na jakąś szopkę. Z duszą na ramieniu oczekiwaliśmy więc chwili, kiedy ktoś "z góry" doliczy się brakującego aniołka i do naszych drzwi zapuka jakiś obdarty pastuch i poprosi o zgubę.


Zamknęliśmy więc drzwi na 3 spusty i kolbę, pogasiliśmy światła i zaczęliśmy cierpliwie czekać na dalszy rozwój wydarzeń.

 


W międzyczasie, kiedy na spokojnie zaczęliśmy kojarzyć fakty i rekonstruować wydarzenia powoli zaczęło do nas dochodzić, że być może nie jest to wcale aniołek tylko dzidziuś mojej osobistej rodzonej siostry, która przecież od 9 miesięcy była w ciąży...a to może oznaczać tylko jedno: psotny wiatr został ciocią!


Z dzidziusiem, którego widzicie na zdjęciu rozmawiałam już od dawna, nawet wtedy, kiedy spokojnie siedział sobie w brzuszku swojej mamy, wielokrotnie prosiłam go, żeby dał mi jakiś znak, że jest w środku i że mnie słyszy, na co moja siostra zawsze odpowiadała, żebym mu dała spokój i że gdyby mówił z pewnością powiedziałby coś w stylu: "fuck off ciotka" na co ja się obrażałam i wyrażałam głębokie ubolewanie, że tak brzydko wyraża się przy dziecku.


Kochana dzidzia trochę się z nami przekomarzała i nie za bardzo miała ochotę wyjść i się z nami przywitać, dlatego długo musiałam go przekonywać, że żyjemy na najlepszym z możliwych światów, że to co ma tam w środku to jest nic w porównaniu z tym co czeka na niego na zewnątrz: dużo kwiatów, ptaszków, motylków, waty cukrowej i niskich bolidów.


Mimo to, kiedy już do nas zawitał darł się na całe gardło i nie za bardzo wiedzieliśmy co się dzieje..Najwidoczniej zapomnieliśmy go uprzedzić, iż nie urodzi się w klimacie śródziemnomorskim...


Dzidziuś waży prawie 4 kilo, czyli jest baaardzo duży (tak jak tata) oraz bardzo ładny i piękny (tak jak mama).


Całkowicie obiektywnie mogę stwierdzić, iż jest to najpiękniejszy chłopczyk jakiegokolwiek w życiu widziałam.


 

Kiedy po raz pierwszy wzięłam go na ręce uśmiechnął się do mnie, ale nie wiem czy z sympatii czy akurat dlatego, że właśnie zrobił kupę (pewnie w ten sposób zaznacza swój MySpace)...


Szkoda tylko, że teraz wszystkie głowy w mojej rodzinie i wszystkie reflektory skierowały się w moją stronę z subtelnym zapytaniem: "no a ty kiedy ?!?"


 

Powiem wam w sekrecie, że za każdym razem kiedy widzę tego maluszka, moja macica po prostu dostaje kociokwiku...


Bez wątpienia odczuwam więc powołanie do życia w rodzinie, ale niestety nie spotkałam jeszcze mężczyzny z odpowiednim garniturem genów, także o terminie powicia przeze mnie dziecięcia nie ma mowy (nawet w przybliżeniu).


W związku z tym wpadłam na wspaniały pomysł, w którym to możecie mi dopomóc. Otóż wymyśliłam, że jeśli tylko uda nam się zgromadzić odpowiednią sumę pieniędzy, odkupimy maluszka od mojej siostry.

 

Kiedy podzieliłam się z nią tym pomysłem, powiedziała że jest "sceptyczna" (a ledwo dosłyszalnym głosem dodała: "lepiej nie przestawaj brać psychotropów zaordynowanych ci przez lekarza") ale jestem przekonana, że na pewno znajdzie się odpowiednia suma, która zmusi ją do zmiany obecnego stanowiska.


Wszystkich chętnych do włączenia się do tej akcji zachęcam do napisania emaila, tam podam numer konta na który będzie można wpłacać pieniążki.

 

 

środa, 08 września 2010
Notka dedykowana trzem ogorzałym Turkom.

 

 

Korzystając z przepięknej słonecznej pogody i wielce pozytywnej aury postanowiłam nie gotować dzisiaj obiadu z 3 dań tylko udać się w miasto i spożyć mój ulubiony kebabish w jednej z malowniczych bud na rogu Marszałkowskiej i Królewskiej. Kto mnie zna, ten wie, że ta decyzja nie przyszła mi lekko, gdyż (moim skromnym zdaniem) kebaby są:


a) niezdrowe

b) mało kobiece


i po spożyciu zalegają w żołądku przez co najmniej półtora tygodnia (chyba że się je jada po imprezie, nad ranem i w dobrym towarzystwie, w połączeniu z alkoholem rozkładają się szybciej, tak czytałam ostatnio w The Scientist)

 


Wyobraźcie więc sobie moje zdziwinie, kiedy to maszerując dziarskim krokiem wyłoniłam się  zza rogu i spostrzegłam, że ten czarujący przybytek został...zrównany z ziemią, teren zaorany i obsiany bylinami po same pachy! W samym sercu Warszawy!



Czy ktoś się mnie pytał o zdanie? Nie było mnie raptem 2 miesiące, a tutaj na powitanie taki cios... Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nawet nie zdążyłam się pożegnać  z pracującymi tam trzema przemiłymi Turkami.

 


poniedziałek, 12 października 2009

 

 

Domowy sposób na kota *

 

* psotny wiatr nie ponosi odpowiedzialności za skutki stosowania podawanych przez nią porad i przepisów. wykorzystanie poniższych informacji odbywa się na wyłączną odpowiedzialność  stosującego.

 

 

 

1. Potrzebne nam będą: jedna deseczka o wymiarach 6cm x 15 cm i cztery deseczki o długości 8 cm ( lub pięć w zależności od tego czy chcemy kota z szyją czy bez):


 

 

 

2.Deseczki zbijamy tak, aby przypominały koci szkielet:


 

 

3.Konstrukcję obkładamy gąbką lub watą wedle uznania (kot chudy czy tłusty):

 




4. Obszywamy go futerkiem tak, żeby nie było widać wyściółki:



 

5. Doszywamy głowę, ogon i voila!



Poznajcie Dzidka: